- Błagam, chodź stąd, na litość boską chodź stąd, Cain - mówił, nie dając za wygraną. Ewidentnie nie chciał tu być, tak bardzo nie chciał widzieć tych rzędów wlepionych w niego oczu, kiedy nie był na to gotowy, kiedy nie chciał nikogo sprowokować.
Odciągnął go od cyrku tak daleko, jak tylko mógł, choćby i musiał użyć do tego nadmiernej siły. Chciał znaleźć się poza zasięgiem wzroku nie tylko swojej rodziny, ale i każdego potencjalnego gapia. Usta miał ściśnięte w wąską linię, w głośny sposób oddychał przez nos, ale nie czuł tego w ogóle, bo serce waliło mu tak głośno, że szum w uszach zagłuszył to zupełnie. Kolejną z jego mocnych stron było bowiem czarnowidztwo, opanował je tak dobrze, że w ogóle nie dostrzegał kolorów, które Bletchleya wręcz oczarowały.
Kiedy się wreszcie zatrzymał pomiędzy drzewami, puścił jego rękę i spojrzał mu w oczy. Tylko po to, żeby po ledwie kilku sekundach zerwać kontakt wzrokowy i w panice rozejrzeć się wokół, jakby szukał czegokolwiek, na czym mógłby zawiesić rozbiegane spojrzenie, byleby tylko nie na rozmówcy.
- Ja... - wyciągnął papierosa spomiędzy warg i zaczął przekładać go sobie pomiędzy dłońmi. Przez moment wyglądał jak spłoszone zwierzę, ale po kilku głębszych wdechach wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie - nabrał tego charakterystycznego dla persony, na jaką kreował się w Londynie, łajdackiego wyrazu. - W-wiesz dobrze - zawahał się wpierw, ale później napiął się i już mówił wyraźnie - wiesz dobrze, że nie lubię mówić, kiedy wszyscy się na mnie gapią.
Tak naprawdę to nie lubił mówić w ogóle. Najlepsze rozmowy rozgrywały się zawsze w jego głowie, kiedy rozmyślał o tym, czego nie powiedział, chociaż mógł to zrobić. Albo jak inaczej się to wszystko mogło rozegrać, gdyby obie strony podeszłyby do tego inaczej, ewentualnie... Chociaż to było już skrajnie wstydliwe, wyobrażał sobie rzeczy, które nie miały miejsca nigdy, w żadnej formie. Nie miały żadnego prawa bytu. Na przykład: co by było, gdyby mu tego listu nigdy nie zostawił, albo jak by się potoczyły ich życia, gdyby mieli okazję porozmawiać zaraz po. Może gdyby go rodzice nie porzucili w młodości i miał nieco lepsze perspektywy, to zamiast wyszukanego mordercy zostałby po prostu pisarzem. Wyobraźni mu do tego nie brakowało, ale nie miał szczęścia stać się kimś, kto by dobrze operował słowem. Nie mając żadnej motywacji do samokształcenia w tym kierunku, potrafił jedynie spoglądać z zazdrością na osoby z nim obyte. On sam orientował się dobrze w działaniu świata, ale sztuka, poezja chociażby - to było tak słodkie i nieosiągalne.
- To po co żeś tu przyszedł? - Zapytał dosyć szorstko. - To znaczy... - Szybko przypomniał sobie, dlaczego w ogóle zdecydował się zerwać z nim przez list, a nie na żywo. Stracił ten szorstki ton tak szybko jak go zyskał, teraz wydawał się być po prostu zagubiony. Wcale go nie chciał częstować obelgami, wcale nie...
- Wcale nie jestem nerwowy - skłamał. W dodatku koszmarnie skłamał, nawet po tych wszystkich latach wciąż nie potrafił robić tego w jego obecności. Szybko ugryzł się w język. Chciał zmienić ton na jakiś inny, żeby w nim wybrzmiała jakaś obojętność, ale dobrze wiedział, że jeżeli chciał cokolwiek zamaskować, to znajdował się już na przegranej pozycji. Słyszał o tym przecież wielokrotnie - o tej „czerwieni” okalającej jego oblicze, łączącej ich ze sobą grubą nicią. Flynn nie dostrzegał tam absolutnie nic. Nawet cienia. A nawet gdyby dostrzegł cień, nie miał pojęcia jak wyglądała ta cała cholerna czerwień. Wiedział, że czerwone były wino, róże, szminki pięknych panien, biedronki, krew, jego aura, zachód słońca kiedy następnego dnia miało być zimno, mógłby tak wymieniać jeszcze długo, ale to była czysta pamięciówka.
- Przepraszam - powiedział, z wciąż podkulonymi ogonem - nie chciałem cię szarpać. - Chciałem cię tylko zabrać tak daleko od moich bliskich jak tylko mogłem nie brzmiało dużo lepiej, darował więc sobie kontynuację. Czuł się z tym wszystkim okropnie, bo część umysłu krzyczała wręcz, żeby się wreszcie uśmiechnąć, jak nie do niego to do wspomnień, a część zdążyła już wrzucić go do drugiego worka przy podziale świata na MY - OBCY. Nie INNI, tylko OBCY.
Odciągnął go od cyrku tak daleko, jak tylko mógł, choćby i musiał użyć do tego nadmiernej siły. Chciał znaleźć się poza zasięgiem wzroku nie tylko swojej rodziny, ale i każdego potencjalnego gapia. Usta miał ściśnięte w wąską linię, w głośny sposób oddychał przez nos, ale nie czuł tego w ogóle, bo serce waliło mu tak głośno, że szum w uszach zagłuszył to zupełnie. Kolejną z jego mocnych stron było bowiem czarnowidztwo, opanował je tak dobrze, że w ogóle nie dostrzegał kolorów, które Bletchleya wręcz oczarowały.
Kiedy się wreszcie zatrzymał pomiędzy drzewami, puścił jego rękę i spojrzał mu w oczy. Tylko po to, żeby po ledwie kilku sekundach zerwać kontakt wzrokowy i w panice rozejrzeć się wokół, jakby szukał czegokolwiek, na czym mógłby zawiesić rozbiegane spojrzenie, byleby tylko nie na rozmówcy.
- Ja... - wyciągnął papierosa spomiędzy warg i zaczął przekładać go sobie pomiędzy dłońmi. Przez moment wyglądał jak spłoszone zwierzę, ale po kilku głębszych wdechach wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie - nabrał tego charakterystycznego dla persony, na jaką kreował się w Londynie, łajdackiego wyrazu. - W-wiesz dobrze - zawahał się wpierw, ale później napiął się i już mówił wyraźnie - wiesz dobrze, że nie lubię mówić, kiedy wszyscy się na mnie gapią.
Tak naprawdę to nie lubił mówić w ogóle. Najlepsze rozmowy rozgrywały się zawsze w jego głowie, kiedy rozmyślał o tym, czego nie powiedział, chociaż mógł to zrobić. Albo jak inaczej się to wszystko mogło rozegrać, gdyby obie strony podeszłyby do tego inaczej, ewentualnie... Chociaż to było już skrajnie wstydliwe, wyobrażał sobie rzeczy, które nie miały miejsca nigdy, w żadnej formie. Nie miały żadnego prawa bytu. Na przykład: co by było, gdyby mu tego listu nigdy nie zostawił, albo jak by się potoczyły ich życia, gdyby mieli okazję porozmawiać zaraz po. Może gdyby go rodzice nie porzucili w młodości i miał nieco lepsze perspektywy, to zamiast wyszukanego mordercy zostałby po prostu pisarzem. Wyobraźni mu do tego nie brakowało, ale nie miał szczęścia stać się kimś, kto by dobrze operował słowem. Nie mając żadnej motywacji do samokształcenia w tym kierunku, potrafił jedynie spoglądać z zazdrością na osoby z nim obyte. On sam orientował się dobrze w działaniu świata, ale sztuka, poezja chociażby - to było tak słodkie i nieosiągalne.
- To po co żeś tu przyszedł? - Zapytał dosyć szorstko. - To znaczy... - Szybko przypomniał sobie, dlaczego w ogóle zdecydował się zerwać z nim przez list, a nie na żywo. Stracił ten szorstki ton tak szybko jak go zyskał, teraz wydawał się być po prostu zagubiony. Wcale go nie chciał częstować obelgami, wcale nie...
- Wcale nie jestem nerwowy - skłamał. W dodatku koszmarnie skłamał, nawet po tych wszystkich latach wciąż nie potrafił robić tego w jego obecności. Szybko ugryzł się w język. Chciał zmienić ton na jakiś inny, żeby w nim wybrzmiała jakaś obojętność, ale dobrze wiedział, że jeżeli chciał cokolwiek zamaskować, to znajdował się już na przegranej pozycji. Słyszał o tym przecież wielokrotnie - o tej „czerwieni” okalającej jego oblicze, łączącej ich ze sobą grubą nicią. Flynn nie dostrzegał tam absolutnie nic. Nawet cienia. A nawet gdyby dostrzegł cień, nie miał pojęcia jak wyglądała ta cała cholerna czerwień. Wiedział, że czerwone były wino, róże, szminki pięknych panien, biedronki, krew, jego aura, zachód słońca kiedy następnego dnia miało być zimno, mógłby tak wymieniać jeszcze długo, ale to była czysta pamięciówka.
- Przepraszam - powiedział, z wciąż podkulonymi ogonem - nie chciałem cię szarpać. - Chciałem cię tylko zabrać tak daleko od moich bliskich jak tylko mogłem nie brzmiało dużo lepiej, darował więc sobie kontynuację. Czuł się z tym wszystkim okropnie, bo część umysłu krzyczała wręcz, żeby się wreszcie uśmiechnąć, jak nie do niego to do wspomnień, a część zdążyła już wrzucić go do drugiego worka przy podziale świata na MY - OBCY. Nie INNI, tylko OBCY.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.