20.10.2023, 22:16 ✶
Nikt nie był idealny. Bo byli po prostu ludźmi. Brenna tę prostą prawdę pojęła bardzo, bardzo dawno temu. Sama też miewała myśli, którymi niekoniecznie chciała się innym chwalić, chociaż jeżeli nawet komuś zazdrościła, to nigdy tą paskudną zawiścią „chcę, żebyś ty tego nie miała”, a jeżeli kogoś nienawidziła, to zawsze dlatego, że ten człowiek kogoś krzywdził. Pewnie mogła się domyśleć, że takie mogłoby zagościć w głowie i Caina. Ale nie zmieniało to faktu, że Cain Bletchley i jego obaj kuzyni byli chyba jednymi z najlepszych ludzi, jakich znała.
Nawet jeżeli w tych paskudnych czasach ich biel musiała pokryć się szarością.
Wybiegła za Cainem, ledwo się przekonała, że tak, dzieciak najwyraźniej musiał wyjść z domu. Nie potrzebowali jednak rzeczy, bo Bletchley dość szybko namierzył trop. Brenna gnała za nim po prostu, nie dbając o to, że wypadli na zewnątrz bez okryć, z gołymi głowami, wprost w śnieżną, grudniową noc. Liczyło się tylko znalezienie dziecka.
Znaleźli je.
Po prostu za późno.
Brenna nie krzyknęła.
Rzuciła się do skoku już w momencie, w którym człowiek (człowiek, tylko ludzie byli skłonni do takiego okrucieństwa) unosił różdżkę, jeszcze nim zabłysło zielone światło. Jakaś jej część chyba już wiedziała, że jest za późno, że nic nie zdołają już zrobić – ale ciało zadziałało same, i wybierało tę najszybszą formę ataku, niekoniecznie intuicyjną dla czarodziei, ale sięgnięcie do kieszeni, gest, wypowiedzenie w myślach inkantacji, to zajęłoby zbyt wiele czasu. Skoczyć, obalić, chyba nawet zabić, bo w tej chwili była na to gotowa całą sobą, gdyby dostała taką szansę. (Ale nie, gdyby miała czas pomyśleć, nie liczyłaby wcale, że pójdzie tak łatwo.)
Podobno póki życia, póty nadziei. Nie mieli jej tylko umarli.
Oni żyli – ale chłopiec, którego chcieli ocalić tej nadziei nie miał już mieć.
Nawet jeżeli w tych paskudnych czasach ich biel musiała pokryć się szarością.
Wybiegła za Cainem, ledwo się przekonała, że tak, dzieciak najwyraźniej musiał wyjść z domu. Nie potrzebowali jednak rzeczy, bo Bletchley dość szybko namierzył trop. Brenna gnała za nim po prostu, nie dbając o to, że wypadli na zewnątrz bez okryć, z gołymi głowami, wprost w śnieżną, grudniową noc. Liczyło się tylko znalezienie dziecka.
Znaleźli je.
Po prostu za późno.
Brenna nie krzyknęła.
Rzuciła się do skoku już w momencie, w którym człowiek (człowiek, tylko ludzie byli skłonni do takiego okrucieństwa) unosił różdżkę, jeszcze nim zabłysło zielone światło. Jakaś jej część chyba już wiedziała, że jest za późno, że nic nie zdołają już zrobić – ale ciało zadziałało same, i wybierało tę najszybszą formę ataku, niekoniecznie intuicyjną dla czarodziei, ale sięgnięcie do kieszeni, gest, wypowiedzenie w myślach inkantacji, to zajęłoby zbyt wiele czasu. Skoczyć, obalić, chyba nawet zabić, bo w tej chwili była na to gotowa całą sobą, gdyby dostała taką szansę. (Ale nie, gdyby miała czas pomyśleć, nie liczyłaby wcale, że pójdzie tak łatwo.)
Podobno póki życia, póty nadziei. Nie mieli jej tylko umarli.
Oni żyli – ale chłopiec, którego chcieli ocalić tej nadziei nie miał już mieć.
Rzut PO 1d100 - 42
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 96
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.