- W miasteczku też? Ale syf... - Dobrze, nawet on sobie nie zdawał sprawy ze skali tego problemu. To znaczy... "NAWET ON", jakże dumnie to brzmiało! Jakby naprawdę łaził po Ministerstwie i wiedział wszystko i we wszystko wkładał nos. A on jedynie czasami gadał z ludźmi, jak każdy inny człowiek obecny w biurze. No chyba że alienująca się Victoria, ale powiedzmy, że to było zrozumiałe, bo nie miała najłatwiejszego okresu w swoim życiu. Nawet nie słyszał żadnych komentarzy w kierunku do tego. Bardzo szybko wszystko wróciło do... nie, to nieprawda, nic nie wróciło do normy. Panował syf, wszystko było w chaosie, wszyscy biegali, były ciągłe roszady, uzupełnianie braków, zamieszania... Ale nie można było dać się w tym wszystkim zwariować. Cain nie dawał. To nie był koniec świata. Tak długo, jak długo byli ludzie, którzy mogli ten świat bronić, tak długo ten świat się nie skończy. - Nie jesteś na wiecznej służbie? Nie należysz do osób mających zawsze odznakę w kieszeni? - Bo znał takich aurorów i brygadzistów, którzy niezależnie, co się działo, tak samo się poczuwali do obowiązku poza robotą jak i w niej. W zasadzie to żartował z tamtymi słowami, ale skoro już pociągnęła temat i chciała dać się poznać to proszę bardzo! Temat się sam stworzył. Albo został przez Victorię stworzony celowo. Było mu to wszystko bardzo jedno. Co było jednak faktem to że sprawiała takie wrażenie, jakby nie miała nic lepszego do roboty tylko pilnowanie porządku.
Oho, drażliwy temat z plotkami na temat bycia Rookwoodówną. Nie dziwił się - kto by kurwa chciał wychodzić za Rookwoodów? Byli shady as fuck. I wyglądali tak, jakby ci chcieli zajebać. Albo w ogóle ciebie zajebać. Nie robił sobie jednak dalej z tego żartów, bo życie prywatne Lestrange go zanadto nie interesowało. Szczególnie, że do Lestrange też nie pałał sympatią - jako rodziny. Raczej antypatią. Pewna łatka zawsze była przypięta, kiedy nosiłeś dane nazwisko. Chociaż to nie znaczyło, że nazwisko definiowało. Fakt jest jednak smutny, ale i prosty - jabłka nie padały daleko od jabłoni. Pytanie, czy upadłeś bliżej jednego czy drugiego rodzica? Lestrange też mieli... tą "przypadłość" że mieli całkiem (nie)sławne rodzeństwo na pierwszych stronach gazet. Parszywa opinia, chyba by osiwiał na miejscu głowy tej rodziny.
Zakrztusił się własną śliną, kiedy palnęła to niewzruszone "wiem, że kłamiesz". Miał o niej trochę lepszą opinię osoby dociekliwej, a nie rzucającej... sobie ot tak takie stwierdzenia. Spojrzał na nią unosząc brwi i mrugając, rozbawiony, nie mając pojęcia, skąd się w ogóle jej to zdanie wzięło. Niepokojącą myślą było, że może była też aurowidzem? Mogło tak być. Albo mogła sobie tak o z dupy strzelić takim stwierdzeniem jako prowokacją. Tak też mogło być.
- Skąd ta wiedza? - Zapytał rozbawiony, ale i zaciekawiony. Ale to rozbawienie zaraz zniknęło. Kobieta ewidentnie... miała problem? Tak, problem miała, to oczywiste, ale chodziło o to, że miała problem z powiedzeniem tego, co powiedzieć chciała. Kiedy zaczęła - to poszło, ale jej słowa, że jednak trudno jej to wyjaśnić i w ogóle... Szkoda jej było. Naprawdę szkoda. Poklepał ją po łopatce, tak delikatnie, rzecz jasna. Dla otuchy. - Możesz na mnie liczyć. Rzucę na ciebie stupefy i poczekam, aż ochłoniesz. Co ty na to? - Uśmiechnął się do niej, obracając ku niej błyszczące, szare oczy. Cain dużo się uśmiechał. Bo czemu miałby sobie i ludziom żałować tego grymasu? Życie było naprawdę za krótkie. I zbyt kruche. Dlatego ta rada, którą jej dał, nie była nieprzemyślana. Była prostą prawdą. Człowiek nie był stworzony do samotności. I niezależnie, czy idziesz posiedzieć w parku, by ludzie cię mijali, czy jesteś ekstrawertykiem i porywasz tłumy na imprezie - każdy potrzebował kontaktu. I sam się do niej stosował. Inaczej zostałoby mu to, co Victorii - użalanie się nad swoim losem, tym, co go spotkało i brakiem dowartościowania od strony rodziny.