21.10.2023, 01:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2023, 02:21 przez Alanna Carrow.)
Fakt, że nie wypadała z roli w momencie, w którym bardzo, bardzo nie chciała jej odgrywać, był na tyle zaskakujący, że w zasadzie dziwiła się sama sobie. Zamiast zaprzeczyć, wypchnąć Vivianne z kuchni, z przykazem natychmiastowego zakończenia całej tej imprezy, obojętnie jak, byleby wszystko zostało zamknięte na trzy spusty i dziękuję, do widzenia, nie ma tu czego szukać, nie ma kogo zabijać, nie ma przed kim się prezentować, będąc ochlapanym posoką. A jednak… jednak.
Jak to świadczyło o tym, kim była?
- Fletchley – poprawiła gospodynię, przywołując ciepły uśmiech na twarz. I już, kolejny wyrzut sumienia. Stała naprzeciw kobiety, która sama się do niej uśmiechała, tak bardzo nie podejrzewając, że jej rozmówczyni naprawdę nie przyszła tu z dobrymi zamiarami, że nie było tu żadnego przypadku w całej tej „pomyłce” (no dobra, niby niektórzy potrafią się zgubić we własnym domu, bo taką mają wspaniała orientację w terenie. Niby. Ale to i tak mocno naciągane, szyte tak grubymi nićmi, że bardziej się chyba nie dało.
- To naprawdę drobiazg... – zaczęła zapewniać panią Harris, kiedy stało się właśnie to. Ten moment. Chwila, w której mogła zaszczepić jej myśl, sugestię. I tylko tyle wystarczyło, bo nie potrzebowała tu imperiusa (i nie chciała nawet wiedzieć, czy byłaby w stanie rzucić Niewybaczalne; prawdopodobnie nie, bo nie znajdowała w sobie prawdziwej chęci do rzucenia takiego czaru), żeby nakłonić kobietę do… do…
… zdała sobie sprawę z tego, że nie da rady. Że tu jednak leżała granica jej wytrzymałości i tego, co była zdolna zrobić w imię zachowania tożsamości. Zabijać od początku nie miała zamiaru, ale i też skrzywdzenie tak sympatycznych gospodarzy nie było czymś, co zrobiłaby Clare Avery. Alanna Carrow? Zabiłaby bez skrupułów, wpatrzona w Czarnego Pana niczym w obrazek. Ale nie była Carrow, mimo wszelkich prób wejścia w jej buty.
Po prostu to już było za dużo.
Krzywda i ewidentnie wykazanie, że mugole są groźni – bo ich twory miały zostać ukazane jako te niebezpieczne. A Avery zawsze żywiła sympatię do tych, co wywodzili się z niemagicznych rodzin, tych, którzy pochodzili z nieczarodziejskiego świata. Całe to gadanie o czystej krwi – była ponad to. Więc jedynie podsunęła myśl, że coś źle złapała to pudełko z ciastkami, przez co się wyśliznęło spomiędzy palców. I że muszą uważać, bo swoim stylem bycia i postępowaniem mogą przyciągać bardzo niepożądaną uwagę, a stąd już blisko do tragedii.
- … ale jeśli naprawdę pani nie potrzebuje żadnej pomocy, to pójdę posłuchać o działaniu telewizora – zasygnalizowała i – jeśli nie została zatrzymana – odwróciła się na pięcie i odeszła z zamiarem wmieszania między pozostałych gości. Oraz odegraniem swojej roli, do końca, jako członkini jednej z organizacji, zachwycającej się mugolską myślą techniczną.
A potem musiała zniknąć. Nie tylko z domu Harrisów.
Jak to świadczyło o tym, kim była?
- Fletchley – poprawiła gospodynię, przywołując ciepły uśmiech na twarz. I już, kolejny wyrzut sumienia. Stała naprzeciw kobiety, która sama się do niej uśmiechała, tak bardzo nie podejrzewając, że jej rozmówczyni naprawdę nie przyszła tu z dobrymi zamiarami, że nie było tu żadnego przypadku w całej tej „pomyłce” (no dobra, niby niektórzy potrafią się zgubić we własnym domu, bo taką mają wspaniała orientację w terenie. Niby. Ale to i tak mocno naciągane, szyte tak grubymi nićmi, że bardziej się chyba nie dało.
- To naprawdę drobiazg... – zaczęła zapewniać panią Harris, kiedy stało się właśnie to. Ten moment. Chwila, w której mogła zaszczepić jej myśl, sugestię. I tylko tyle wystarczyło, bo nie potrzebowała tu imperiusa (i nie chciała nawet wiedzieć, czy byłaby w stanie rzucić Niewybaczalne; prawdopodobnie nie, bo nie znajdowała w sobie prawdziwej chęci do rzucenia takiego czaru), żeby nakłonić kobietę do… do…
… zdała sobie sprawę z tego, że nie da rady. Że tu jednak leżała granica jej wytrzymałości i tego, co była zdolna zrobić w imię zachowania tożsamości. Zabijać od początku nie miała zamiaru, ale i też skrzywdzenie tak sympatycznych gospodarzy nie było czymś, co zrobiłaby Clare Avery. Alanna Carrow? Zabiłaby bez skrupułów, wpatrzona w Czarnego Pana niczym w obrazek. Ale nie była Carrow, mimo wszelkich prób wejścia w jej buty.
Po prostu to już było za dużo.
Krzywda i ewidentnie wykazanie, że mugole są groźni – bo ich twory miały zostać ukazane jako te niebezpieczne. A Avery zawsze żywiła sympatię do tych, co wywodzili się z niemagicznych rodzin, tych, którzy pochodzili z nieczarodziejskiego świata. Całe to gadanie o czystej krwi – była ponad to. Więc jedynie podsunęła myśl, że coś źle złapała to pudełko z ciastkami, przez co się wyśliznęło spomiędzy palców. I że muszą uważać, bo swoim stylem bycia i postępowaniem mogą przyciągać bardzo niepożądaną uwagę, a stąd już blisko do tragedii.
- … ale jeśli naprawdę pani nie potrzebuje żadnej pomocy, to pójdę posłuchać o działaniu telewizora – zasygnalizowała i – jeśli nie została zatrzymana – odwróciła się na pięcie i odeszła z zamiarem wmieszania między pozostałych gości. Oraz odegraniem swojej roli, do końca, jako członkini jednej z organizacji, zachwycającej się mugolską myślą techniczną.
A potem musiała zniknąć. Nie tylko z domu Harrisów.