21.10.2023, 02:57 ✶
Patrick przymknął oczy. Słowa Florence zamarły mu w myślach. Kłamałby, gdyby powiedział, że ciągle je rozważał – na rozważania było już w tym momencie zbyt późno. Bulstrode podjęła decyzję a on jej nie przeszkodził, nie zaprzeczył, nie wyśmiał, nie skłamał. Chodziło o coś innego, o jakieś… resztki oporów, które ciągle w sobie nosił. Jakby to dziwnie nie zabrzmiało, nie chciał narażać leżącej obok niego kobiety, tak jak nie chciał narażać dziadków.
Czy to była kwestia rytuału miłosnego z Beltane, ich wieloletniej przyjaźni, czy czegoś jeszcze czego nie próbował nawet nazywać, zależało mu Florence. Zależało mu na tyle, że sam zdawał sobie sprawę z tego, że była jego słabym punktem. Tym samym słabym punktem, którym byli dziadkowie, choć ci przynajmniej trzymali się z daleka od Zakonu Feniksa i od wszystkich spraw związanych ze śmierciożercami.
A Florence miała się w nie pośrednio zaangażować.
- Dziękuję – odpowiedział po prostu, choć tak naprawdę dziękował jej za coś zupełnie innego niż chęć udzielenia pomocy Zakonowi Feniksa. – Dziękuję, że przyszłaś. Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Dziękuję, że podniosłaś mnie na duchu. Dziękuję, że zrozumiałaś. Dziękuję, że… że jesteś – zakończył dość koślawo.
Uśmiechnął się półgębkiem do Florence. A potem dotknął kciukiem czubka jej nosa. Krótko i szybko, bardziej to przypominało muśnięcie niż prawdziwy dotyk, ale Patrick pozostawał zbyt świadomy tego, jak bardzo zimne było jego ciało. Poczuł się trochę lepiej i nie chodziło tylko o rozmowę lub o to, że właśnie pozszywała go po walce z wampirzycą. Chodziło o całokształt.
- Wiesz co? Chcę cię zabrać do kina. To taki mugolski wynalazek. Z ruchomymi obrazami… - zaczął opisywać. A jednocześnie czuł, że zmęczenie z całego dnia, z całego tygodnia, z kilku ostatnich tygodni, stopniowo zaczęło brać nad nim górę.
Chyba się wreszcie rozluźnił, bo jego powieki były coraz cięższe i cięższe. Aż usnął.
Czy to była kwestia rytuału miłosnego z Beltane, ich wieloletniej przyjaźni, czy czegoś jeszcze czego nie próbował nawet nazywać, zależało mu Florence. Zależało mu na tyle, że sam zdawał sobie sprawę z tego, że była jego słabym punktem. Tym samym słabym punktem, którym byli dziadkowie, choć ci przynajmniej trzymali się z daleka od Zakonu Feniksa i od wszystkich spraw związanych ze śmierciożercami.
A Florence miała się w nie pośrednio zaangażować.
- Dziękuję – odpowiedział po prostu, choć tak naprawdę dziękował jej za coś zupełnie innego niż chęć udzielenia pomocy Zakonowi Feniksa. – Dziękuję, że przyszłaś. Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Dziękuję, że podniosłaś mnie na duchu. Dziękuję, że zrozumiałaś. Dziękuję, że… że jesteś – zakończył dość koślawo.
Uśmiechnął się półgębkiem do Florence. A potem dotknął kciukiem czubka jej nosa. Krótko i szybko, bardziej to przypominało muśnięcie niż prawdziwy dotyk, ale Patrick pozostawał zbyt świadomy tego, jak bardzo zimne było jego ciało. Poczuł się trochę lepiej i nie chodziło tylko o rozmowę lub o to, że właśnie pozszywała go po walce z wampirzycą. Chodziło o całokształt.
- Wiesz co? Chcę cię zabrać do kina. To taki mugolski wynalazek. Z ruchomymi obrazami… - zaczął opisywać. A jednocześnie czuł, że zmęczenie z całego dnia, z całego tygodnia, z kilku ostatnich tygodni, stopniowo zaczęło brać nad nim górę.
Chyba się wreszcie rozluźnił, bo jego powieki były coraz cięższe i cięższe. Aż usnął.
Koniec sesji