21.10.2023, 14:08 ✶
Przynajmniej już się nie uśmiechał.
Cain nie musiał się z nią siłować. Zepchnięta z naśladowcy jego zaklęciem wstała po prostu, kiedy ku niej sięgnął. Kłykcie miała poobijane, i bolały, ale ten fizyczny ból był czymś dobrym i sprawiał wręcz satysfakcję. Nie płakała, nie krzyczała, chwytała tylko oddech znacznie szybciej niż zwykle, a kiedy wypuszczała z ust powietrze, to zamieniało się w parę. W płuca wbijały się zimne igiełki, od wysiłku i od chłodu tej grudniowej nocy. Nie czuła jednak zimna, nie na ciele przynajmniej, bo lód spowijał ją gdzieś od środka.
Nie próbowała uciekać przed rękami Caina, nie protestowała, kiedy ucałował jej czoło. Uniosła dłonie i na moment ujęła jego twarz własnymi, okrwawionymi palcami.
– Nie zabiłabym go – powiedziała martwym głosem. Nie, tego by chyba faktycznie nie zrobiła, chociaż pragnęła z całych sił i może powinna, bo takich jak on należało usunąć z tego świata. Ale Brenna stała dopiero na początku tej ścieżki, i potrzebowała jeszcze czasu, by zrozumieć, jak łatwe jest zejście do piekieł. I by powziąć mocne postanowienie, że właśnie to zrobi: że zepchnie tam każdego, kogo zdoła, choćby miała spaść z nimi i już tam pozostać. Prędzej czy później śmierć miała znaleźć się na jej rachunku sumienia: o ile sama przeżyje dostatecznie długo. Tym razem jednak jej ciosy nie były śmiertelne. – Nie rób tego więcej, Cain – dodała, już niemal miękkim tonem, opuszczając ręce. Na jego policzku został czerwony ślad, krew czarnoksiężnika. – Możesz mnie ogłuszyć, uderzyć, potraktować depulso albo związać, ale nie steruj mną w ten sposób.
Nie, nie było w niej złości na niego o to, co zrobił. Na pewno nie teraz. Nie zasługiwał na tę złość, nie, kiedy sam czuł dokładnie to samo, co ona, nie postrzegała tego w kategorii zdrady. Nie, kiedy wiedziała, że to o niej myślał, rzucając to zaklęcie. Była mu nawet wdzięczna w pewien sposób: i martwiła się o niego, bo wiedziała, że będzie czuł dokładnie to samo, co ona.
Że zawiedli.
Ale ich samopoczucie w tej chwili niewielkie miało znaczenie. Musieli działać.
Odsunęła się, i tym razem sięgnęła po różdżkę, by wyczarować więzy. A potem skierowała się ku opiekunce. Ku małemu ciału pod drzwiami. Przyklękła wprost na śniegu, i stanowczym gestem chwyciła za ramię mugolaczkę.
– Niech pani idzie do dzieci i powie im, żeby się pakowały. Zabieram je stąd. Teraz – powiedziała. Może powinna była zrobić to od razu. W domku ogrodnika będzie im ciasno, ale lepiej niż tutaj, i na pewno będą bezpieczniejsze. A jutro znajdzie im jakieś inne miejsca. Musieli zawiadomić Ministerstwo, zabrać tego człowieka do Biura, przesłuchać, ale dzieci były najważniejsze. – Zajmiemy się nim – dodała cicho, chociaż jak mogliby pomóc temu chłopcu? Nijak. Mogli jedynie zabrać stąd ciało Basila do zimnej kostnicy w Ministerstwie, gdzie ktoś potwierdzi, że zginął na skutek czarnomagicznego zaklęcia. Jeszcze jedna ofiara, jeszcze jeden numerek na liście. Jeden z pierwszych, ale nie ostatnich.
Cain nie musiał się z nią siłować. Zepchnięta z naśladowcy jego zaklęciem wstała po prostu, kiedy ku niej sięgnął. Kłykcie miała poobijane, i bolały, ale ten fizyczny ból był czymś dobrym i sprawiał wręcz satysfakcję. Nie płakała, nie krzyczała, chwytała tylko oddech znacznie szybciej niż zwykle, a kiedy wypuszczała z ust powietrze, to zamieniało się w parę. W płuca wbijały się zimne igiełki, od wysiłku i od chłodu tej grudniowej nocy. Nie czuła jednak zimna, nie na ciele przynajmniej, bo lód spowijał ją gdzieś od środka.
Nie próbowała uciekać przed rękami Caina, nie protestowała, kiedy ucałował jej czoło. Uniosła dłonie i na moment ujęła jego twarz własnymi, okrwawionymi palcami.
– Nie zabiłabym go – powiedziała martwym głosem. Nie, tego by chyba faktycznie nie zrobiła, chociaż pragnęła z całych sił i może powinna, bo takich jak on należało usunąć z tego świata. Ale Brenna stała dopiero na początku tej ścieżki, i potrzebowała jeszcze czasu, by zrozumieć, jak łatwe jest zejście do piekieł. I by powziąć mocne postanowienie, że właśnie to zrobi: że zepchnie tam każdego, kogo zdoła, choćby miała spaść z nimi i już tam pozostać. Prędzej czy później śmierć miała znaleźć się na jej rachunku sumienia: o ile sama przeżyje dostatecznie długo. Tym razem jednak jej ciosy nie były śmiertelne. – Nie rób tego więcej, Cain – dodała, już niemal miękkim tonem, opuszczając ręce. Na jego policzku został czerwony ślad, krew czarnoksiężnika. – Możesz mnie ogłuszyć, uderzyć, potraktować depulso albo związać, ale nie steruj mną w ten sposób.
Nie, nie było w niej złości na niego o to, co zrobił. Na pewno nie teraz. Nie zasługiwał na tę złość, nie, kiedy sam czuł dokładnie to samo, co ona, nie postrzegała tego w kategorii zdrady. Nie, kiedy wiedziała, że to o niej myślał, rzucając to zaklęcie. Była mu nawet wdzięczna w pewien sposób: i martwiła się o niego, bo wiedziała, że będzie czuł dokładnie to samo, co ona.
Że zawiedli.
Ale ich samopoczucie w tej chwili niewielkie miało znaczenie. Musieli działać.
Odsunęła się, i tym razem sięgnęła po różdżkę, by wyczarować więzy. A potem skierowała się ku opiekunce. Ku małemu ciału pod drzwiami. Przyklękła wprost na śniegu, i stanowczym gestem chwyciła za ramię mugolaczkę.
– Niech pani idzie do dzieci i powie im, żeby się pakowały. Zabieram je stąd. Teraz – powiedziała. Może powinna była zrobić to od razu. W domku ogrodnika będzie im ciasno, ale lepiej niż tutaj, i na pewno będą bezpieczniejsze. A jutro znajdzie im jakieś inne miejsca. Musieli zawiadomić Ministerstwo, zabrać tego człowieka do Biura, przesłuchać, ale dzieci były najważniejsze. – Zajmiemy się nim – dodała cicho, chociaż jak mogliby pomóc temu chłopcu? Nijak. Mogli jedynie zabrać stąd ciało Basila do zimnej kostnicy w Ministerstwie, gdzie ktoś potwierdzi, że zginął na skutek czarnomagicznego zaklęcia. Jeszcze jedna ofiara, jeszcze jeden numerek na liście. Jeden z pierwszych, ale nie ostatnich.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.