21.10.2023, 18:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2023, 18:07 przez Brenna Longbottom.)
– Bez pośpiechu, proszę stamtąd nie spaść – powiedziała, a kąciki jej ust uniosły się lekko do góry. Wzrok przesunął się odruchowo po bluszczu, i tak, od razu zastanowiła się, czy ten jest zatruty.
Maeve nie rozpoznała Brenny, za to Brenna mgliście kojarzyła Maeve, w Hogwarcie będącą zaledwie dwa roczniki niżej – miała pamięć do twarzy, zwracała uwagę na innych ludzi, a spędziła w towarzystwie Ślizgonów dostatecznie wiele czasu, aby przynajmniej kojarzyć większość z nich. Siostry Chang zresztą zawsze wyróżniały się na Hogwarckich korytarzach, jeśli nie zachowaniem, to egzotyczną urodą. A przecież tutaj właśnie kogoś z Changów można było oczekiwać.
Nie dała jednak tego po sobie poznać. W końcu nie chciała zaczynać tutaj paniki i przedstawienia pt. jakiś tajniak włazi nam do palarni, podnosimy raban albo cichcem ukręcamy mu łeb. Ostatecznie przecież wcale nie przyszła tutaj nikogo aresztować ani nasłuchiwać jakichś rozmówek o nielegalnych interesach. Poza tym nie była tak w stu procentach pewna, czy się nie myli, albo nie myli jednej Changówny z drugą – bo w pierwszej chwili sądziła, że schodzi ku niej po drabinie ciemnooka Azjatka, a ledwo chwilę później patrzyła w fiołkowe oczy. A ostatecznie, widziały się ostatni raz wiele lat temu.
– Nie coś, a „ktoś” niestety – przyznała, rozkładając bezradnie ręce. Nie była genialnym kłamcą, wyznawała więc zasadę, że najlepiej po prostu mówić prawdę, ot nie to że „całą prawdę, tylko prawdę” i tak dalej, a „ten mały, wygodny dla mnie chwilowo wycinek prawdy, bo przecież ludzie nie muszą wiedzieć wszystkiego”. – Pewien jegomość nie raczył dziś wrócić na noc do domu, ja i jego matka się o niego martwimy. Jego kolega twierdzi, że poszedł tutaj. Jeśli go pani widziała, będę wdzięczna za informację, o której to było, a jeżeli leży tu wciąż pod jakimś stolikiem to… no, Brian pewnie nie jest na tyle ładny, żebyście chcieli go zatrzymać jako dekorację wnętrz, więc mogłabym go stąd zabrać – oświadczyła, posyłając jej uśmiech. Swój zwykły, przyjazny i absolutnie przeciętny. Nawet nie podszyty fałszem, bo niby dlaczego nie miałaby się uśmiechnąć szczerze do kogoś, kto uśmiechał się do niej? Nawet jeżeli sama, jak to glina, wietrzyła tu natychmiast w takim miejscu chęć naciągnięcia ją na zakupy i tak dalej.
– Mniej więcej taki wzrost, ciemne włosy, ciemne oczy, znając go prawdopodobnie przynajmniej trzy razy opowiedział wszystkim, którzy chcieli i nie chcieli słuchać, że grał w Hogwarcie na pozycji ścigającego… notabene pewnie nie dodał, że tylko przez pół roku, bo go wywalili… znamię na prawym policzku. Brzmi znajomo? – zapytała, pokazując przy okazji ręką, jakiego wzrostu był mniej więcej Brian. Brenna podejrzewała, że o jakichś ważniejszych klientach albo bliższych współpracownikach nie powiedziano by jej słowa, choćby ci rzygali tutaj tuż za drzwiami. Ale on akurat był po prostu typowym przegrańcem losu, ani szczególnie bogatym, ani mocno wpływowym, ani nawet utaplanamy w nielegalnych interesach na tyle, aby ktokolwiek chciał koniecznie chronić jego tożsamość, żeby przypadkiem po aresztowaniu nie wsypał innych. – Wszystko z tym w porządku? – spytała, opuszczając dłoń, by machnąć w kierunku jej rąk. Bo tak, ten bluszcz chyba był bardzo trujący, patrząc po stanie dłoni dziewczyny…
Maeve nie rozpoznała Brenny, za to Brenna mgliście kojarzyła Maeve, w Hogwarcie będącą zaledwie dwa roczniki niżej – miała pamięć do twarzy, zwracała uwagę na innych ludzi, a spędziła w towarzystwie Ślizgonów dostatecznie wiele czasu, aby przynajmniej kojarzyć większość z nich. Siostry Chang zresztą zawsze wyróżniały się na Hogwarckich korytarzach, jeśli nie zachowaniem, to egzotyczną urodą. A przecież tutaj właśnie kogoś z Changów można było oczekiwać.
Nie dała jednak tego po sobie poznać. W końcu nie chciała zaczynać tutaj paniki i przedstawienia pt. jakiś tajniak włazi nam do palarni, podnosimy raban albo cichcem ukręcamy mu łeb. Ostatecznie przecież wcale nie przyszła tutaj nikogo aresztować ani nasłuchiwać jakichś rozmówek o nielegalnych interesach. Poza tym nie była tak w stu procentach pewna, czy się nie myli, albo nie myli jednej Changówny z drugą – bo w pierwszej chwili sądziła, że schodzi ku niej po drabinie ciemnooka Azjatka, a ledwo chwilę później patrzyła w fiołkowe oczy. A ostatecznie, widziały się ostatni raz wiele lat temu.
– Nie coś, a „ktoś” niestety – przyznała, rozkładając bezradnie ręce. Nie była genialnym kłamcą, wyznawała więc zasadę, że najlepiej po prostu mówić prawdę, ot nie to że „całą prawdę, tylko prawdę” i tak dalej, a „ten mały, wygodny dla mnie chwilowo wycinek prawdy, bo przecież ludzie nie muszą wiedzieć wszystkiego”. – Pewien jegomość nie raczył dziś wrócić na noc do domu, ja i jego matka się o niego martwimy. Jego kolega twierdzi, że poszedł tutaj. Jeśli go pani widziała, będę wdzięczna za informację, o której to było, a jeżeli leży tu wciąż pod jakimś stolikiem to… no, Brian pewnie nie jest na tyle ładny, żebyście chcieli go zatrzymać jako dekorację wnętrz, więc mogłabym go stąd zabrać – oświadczyła, posyłając jej uśmiech. Swój zwykły, przyjazny i absolutnie przeciętny. Nawet nie podszyty fałszem, bo niby dlaczego nie miałaby się uśmiechnąć szczerze do kogoś, kto uśmiechał się do niej? Nawet jeżeli sama, jak to glina, wietrzyła tu natychmiast w takim miejscu chęć naciągnięcia ją na zakupy i tak dalej.
– Mniej więcej taki wzrost, ciemne włosy, ciemne oczy, znając go prawdopodobnie przynajmniej trzy razy opowiedział wszystkim, którzy chcieli i nie chcieli słuchać, że grał w Hogwarcie na pozycji ścigającego… notabene pewnie nie dodał, że tylko przez pół roku, bo go wywalili… znamię na prawym policzku. Brzmi znajomo? – zapytała, pokazując przy okazji ręką, jakiego wzrostu był mniej więcej Brian. Brenna podejrzewała, że o jakichś ważniejszych klientach albo bliższych współpracownikach nie powiedziano by jej słowa, choćby ci rzygali tutaj tuż za drzwiami. Ale on akurat był po prostu typowym przegrańcem losu, ani szczególnie bogatym, ani mocno wpływowym, ani nawet utaplanamy w nielegalnych interesach na tyle, aby ktokolwiek chciał koniecznie chronić jego tożsamość, żeby przypadkiem po aresztowaniu nie wsypał innych. – Wszystko z tym w porządku? – spytała, opuszczając dłoń, by machnąć w kierunku jej rąk. Bo tak, ten bluszcz chyba był bardzo trujący, patrząc po stanie dłoni dziewczyny…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.