21.10.2023, 18:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2023, 19:10 przez Brenna Longbottom.)
Ogień z pewnością był skutecznym sposobem, ba, jedynym skutecznym bo inferius dopiero gdy płonął stawał się podatny na czary – ale nie mogła go użyć, gdy istota była w środku. A dopaść się jej też nie mogła pozwolić… Mimo sznura, który skrępował mu nogi, i tak poruszał się dość szybko, i jeżeli Brenna nie byłaby sprawna fizycznie, chyba nie zdołałaby uciec mu spod łap. Odbiła jednak na bok, w samą porę, by dać Victorii pole do rzucenia zaklęcia.
Nieumarły wyfrunął z pomieszczenia i pomknął dalej, przetaczając się w powietrzu, pchnięty czarem Lestrange. Poderwał się niemal natychmiast, bo istoty takie jak on były trudnymi przeciwnikami, i gdy magiczne sznury znikły, chciał chyba rzucić się na Victorię…
Tyle że nie zdążył.
Brenna wycelowała w niego różdżkę, i ten stanął w płomieniach.
Ogień był potężny, tak wielki, że nie tylko infernus zapłonął jak pochodnia, ale też zaczęła się palić trawa wokół niego. Buchnął nagle, pochłaniając wysuszone ciało, niepodatne na większość czarów, za to bardzo wrażliwe na ogień. Brenna zaklęła, chyba zdając sobie sprawę z tego, że przesadziła, i tym razem pod stopami infernusa po kolejnym machnięciem różdżką zmaterializował się kamień, który miał zapobiec rozprzestrzenieniu się płomieni na okolicę. W innej sytuacji byłaby może z siebie dumna: bo oto infernus zaczął rozpadać się na kawałki, spopielony tylko jednym jej zaklęciem… ale gdzieś w głowie Brenny postała myśl: czy nie mogło tak to działać podczas Beltane? Dlaczego tam była tak straszliwie bezużyteczna?
Przynajmniej nieumarły nie zdołał dopaść Lestrange.
Czarnoksiężnik, a raczej jego „asystent”, podtrzymywany przez Sardwicka, zapiszczał. Sam Michael jęknął cicho, wpatrując się w infernusa, bo pewnie widział takie stworzenie po raz pierwszy.
– Kurwa – podsumował tymczasem Apollo, kiedy nieumarły obsypał się w pył. – Niezły czar, Longbottom.
A Brenna opuściła różdżkę i westchnęła.
To tak, ehem, jak to było w kwestii wcale - nie - umiem - tak - dobrze - kształtowania...
– Wygląda na to, że chciał, żeby świadkowie zniknęli – mruknęła, spoglądając na Victorię. – Przeszukujemy szybko dom, Apollo i Michael zabierają tego pana do Ministerstwa i wzywają wsparcie, a my lecimy do Londynu? – spytała, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby na kamieniu w pobliżu nie dogasały resztki infernusa. Jak gdyby serce wcale nie tłukło się jej szaleńczo w piersi po tym całym występie: po tym, jak dwa razy stoczyły walkę. Chociaż może nie powinno? Dziś chyba sama Bogini uśmiechała się do nich, bo... szło im zaskakująco łatwo.
Rzucam na kształtowanie:
Nieumarły wyfrunął z pomieszczenia i pomknął dalej, przetaczając się w powietrzu, pchnięty czarem Lestrange. Poderwał się niemal natychmiast, bo istoty takie jak on były trudnymi przeciwnikami, i gdy magiczne sznury znikły, chciał chyba rzucić się na Victorię…
Tyle że nie zdążył.
Brenna wycelowała w niego różdżkę, i ten stanął w płomieniach.
Ogień był potężny, tak wielki, że nie tylko infernus zapłonął jak pochodnia, ale też zaczęła się palić trawa wokół niego. Buchnął nagle, pochłaniając wysuszone ciało, niepodatne na większość czarów, za to bardzo wrażliwe na ogień. Brenna zaklęła, chyba zdając sobie sprawę z tego, że przesadziła, i tym razem pod stopami infernusa po kolejnym machnięciem różdżką zmaterializował się kamień, który miał zapobiec rozprzestrzenieniu się płomieni na okolicę. W innej sytuacji byłaby może z siebie dumna: bo oto infernus zaczął rozpadać się na kawałki, spopielony tylko jednym jej zaklęciem… ale gdzieś w głowie Brenny postała myśl: czy nie mogło tak to działać podczas Beltane? Dlaczego tam była tak straszliwie bezużyteczna?
Przynajmniej nieumarły nie zdołał dopaść Lestrange.
Czarnoksiężnik, a raczej jego „asystent”, podtrzymywany przez Sardwicka, zapiszczał. Sam Michael jęknął cicho, wpatrując się w infernusa, bo pewnie widział takie stworzenie po raz pierwszy.
– Kurwa – podsumował tymczasem Apollo, kiedy nieumarły obsypał się w pył. – Niezły czar, Longbottom.
A Brenna opuściła różdżkę i westchnęła.
To tak, ehem, jak to było w kwestii wcale - nie - umiem - tak - dobrze - kształtowania...
– Wygląda na to, że chciał, żeby świadkowie zniknęli – mruknęła, spoglądając na Victorię. – Przeszukujemy szybko dom, Apollo i Michael zabierają tego pana do Ministerstwa i wzywają wsparcie, a my lecimy do Londynu? – spytała, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby na kamieniu w pobliżu nie dogasały resztki infernusa. Jak gdyby serce wcale nie tłukło się jej szaleńczo w piersi po tym całym występie: po tym, jak dwa razy stoczyły walkę. Chociaż może nie powinno? Dziś chyba sama Bogini uśmiechała się do nich, bo... szło im zaskakująco łatwo.
Rzucam na kształtowanie:
Rzut W 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!
Rzut W 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.