Laurent też miał ciekawe życie. Elaine takiego nigdy nie zaznała, nawet nie pamiętała, że kiedykolwiek mogła żyć statycznie, dlatego zawsze mówi, że lubi to jak teraz dane jest jej egzystować. Prewett ma swój dom, swój rezerwat. Pracuje dla siebie, na swoje, dla swojego imienia. Posiada swoje zwierzęta, cel w życiu, który był tak wspaniały i wielki, nikogo nie krzywdził i nikogo nie okradał, a ona? Ona pracuje dla rodziny, jest masą, ładną dziewczynką, która zrobi tak wiele ze swoim ciałem. Słyszała wiele o tym, co mężczyźni o niej mówili, dostała mnóstwo nieodpowiednich propozycji, które skrzętnie ignorowała i spławiała, ale wiedziała, że im więcej lat miała tym więcej nachalnych mężczyzn spotka. Tym bardziej będą patrzeć na nią w podły sposób, będą chcieli zmusić do rzeczy, których nie chciała robić. Dlatego tak kurczowo trzymała się Alexa, bo wiedziała, że ten ją obroni, że da jej azyl, gdy ktoś jej zagrozi, gdy ktoś ją skrzywdzi w sposób, w który nie chciała być krzywdzona.
Z Laurentem czuła się dobrze, przyjemnie, błogo i sielankowo. Był czymś czego nigdy nie będzie mogła mieć dla siebie. Elaine nigdy nie zmusi go do tego, aby z nią uciekł, a on nigdy nie przekona jej, aby zamieszkała w jego życiu. Byli duszami przeciwnymi, przyciągała ich inność w pozytywnym znaczeniu. Fascynowali się swoim życiem, podejściem do niego tak różnym, a Elaine czuła, że była dla niego czymś wspaniałym, w podświadomości podsuwała sobie myśli o tym, że była dla niego ozdobą, czymś ładnym, kolekcją w jego nudnym, bogatym życiu. Figurka aniołka na wystawie, który można było podziwiać, ale nie dotykać. Nie przeszkadzało jej to póki Laurent był wobec niej dobry, troskliwy i tak przyjemnie zadziorny.
Skradała się, aby Alex nie dostał wiadomości o tym, że sprowadza nieznanych chłopaków do wozów. Nigdy tego nie robiła, więc nie chciała mieć z tego tytułu kłopotów. Wiedziała też, że Al bardzo bronił swojej rodziny, więc nie chciała, aby wpadł do nich ze swoją maczetą i przeszkodził w miłym, kameralnym spotkaniu jakie zorganizowała dla Laurenta. Oczywiście nic nie organizowała. Nie wiedziała, co Laurent chciał robić, więc albo wybiorą się na spacer, albo zjedzą coś wspólnie, albo pograją, albo porobią coś, na co on miał ochotę. Dla Elaine było szkoda czasu na to, aby planować. Planowanie nie miało sensu, gdy nie wiedziało się, co wydarzy się za parę sekund. Gdy tak ukrywali się brnąc twardo do jej domu czuła nawet niewielkie podniecenie tym, że to było takie tajemnicze i bliskie. Jego bliskość sprawiała, że coś w niej tańczyło, śpiewało i unosiło się do gwiazd, więc nic dziwnego, że podczas drogi miała wypieki na twarzy, ale nie były one spowodowane zawstydzeniem. Elaine Bell nigdy się nie wstydzi.
Tak, Elaine zdawała sobie sprawę, że nie każdy był w stanie zrobić takie cuda jak ona robiła na scenie, ale jak każdy coś takiego by potrafił to wtedy nie byłoby sensu robić takich występów, prawda? Bez publiczności nie ma akrobacji Elaine, bo ona robiła to dla ludzi, aby zazdrościli, aby podziwiali, aby bali się tego, że coś może się jej stać, a nie stanie, bo wszystko ma pod kontrolą. Była tego święcie przekonana. Pokiwała, więc w odpowiedzi, że jak najbardziej to rozumie.
Z uśmiechem na twarzy przygotowała mu herbaty, którą od razu mu podała. Chciała zapytać, czy chce zupy, ale powiedział jej coś tak miłego, że zatrzymała się na chwilę, aby na niego spojrzeć. Nigdy nie słyszała takich słów od mężczyzn, a raczej wolała nie słuchać tego, co mężczyźni mieli na jej temat do powiedzenia.
– Oh, Laurent – podeszła do niego i złożyła na jego czole delikatnego całusa, położyła dłoń blisko jego szyi i uśmiechając się do niego kontynuowała. – Dziękuję za takie miłe słowa. Też lubię być w twoim towarzystwie. Nie jestem w stanie powiedzieć tego w ten sposób, bo nie jestem tak oczytana jak ty. Ja pokazuję swoje uczucia podczas występów – musnęła delikatnie jego usta w podzięce, a potem odsunęła się z zadziornym uśmiechem i nałożyła im zupy. Jedną dała Laurentowi, a drugą sobie. Usiadła do stołu.