List od matki jasno wskazywał, że Fernah ma się zjawić na balu charytatywnym i już. Ani nie wymówi się pracą, ani chorobą, ani niczym innym, co mogłoby sprawić, że nieobecność byłaby usprawiedliwiona. Nie pozostało jej więc nic innego, jak być obecną na przyjęciu. Z ciężkim westchnięciem złożyła list oraz zaproszenie z powrotem do koperty, a tę wcisnęła za połę orzechowej marynarki. Pustymi dłońmi zaczęła szperać w kieszeniach spodni o tym samym kolorze, w poszukiwaniu fiolki z ciemnego szkła. Nie miała zamiaru zjawić się w posiadłości Longbottomów i pierwszej napotkanej osobie obrzygać butów. Stąd upiła sporawy łyk gorzkiego płynu i wkroczyła do szpitalnego kominka. Oczywiście, że musiała być spóźniona i jeszcze prosto z pracy…
Żołądek podszedł jej do gardła, zresztą jak zawsze, gdy miała (nie)przyjemność gdzieś się teleportować. Najchętniej wybierała latanie na miotle, lecz w tej sytuacji liczył się czas. Odetchnęła głęboko tuż przed wyjściem z kominka, by odzyskać nieco rezonu. Lokajowi, który dopadł ją w tej samej chwili, odpowiedziała skinieniem głowy oraz powitaniem, podając zaproszenie. Dzięki temu mogła przejść dalej, czyli do głównej sali, gdzie licytacja trwała już w najlepsze.
Odgarnęła z twarzy niesforne kosmyki włosów, jednocześnie przypominając sobie, że powinna je jakkolwiek upiąć. Na brodę Merlina, przecież na pewno obowiązywał strój wieczorowy, a i tak nie miała na sobie ani sukni, ani garnitur, które wpisywałyby się w te wymagania. Zaklęła w myślach po raz pierwszy i na pewno nie ostatni tego wieczoru, po czym wchodząc na salę, od razu skierowała się w lewo i zatrzymała tuż pod ścianą, przy ogromnej monsterze. Powinna jeszcze przywitać się z gospodarzami, lecz ci prowadzili już licytacje, więc zaplanowała, że podejdzie do nich później.
Fernah nie miała pojęcia, co dokładnie licytowano, prócz tego, że akurat został ogłoszony pierścionek. Zdecydowanie bardziej była zainteresowana, czy pośród zebranych znajdzie jakąś znajomą twarz lub czy umknie uwadze większości (z czego zresztą by się bardzo cieszyła). Nie miała zamiaru, ani też finansów, by uczestniczyć w aukcji. Jednak zgodnie z tym, co jej rodzicielka napisała w liście, wraz z ojcem przeznaczyli już stosowną sumę pieniędzy. Było to pokrzepiające, bo nie miała pojęcia, jak dokładnie powinna przebijać propozycje innych gości, ani też o ile. Zapewne to wszystko było zapisane w zaproszeniu, tylko że nie miała czasu go przeczytać. Natomiast o tym, że bal odbywał się dzisiaj, cóż… Przypomniał jej list matki, otrzymany przed trzema godzinami.