Owszem, było napisane, że zna się na przyrodzie, w tym na ziołach i eliksirach, co niekoniecznie było zawsze równoznaczne. Inaczej by nie zawędrował tak chętnie z nią na Polanę Ognisk, Maeve mi świadkiem. Ta legendarna, nie ta z Palarni Changów. Już raz wybrał się z taką jedną, co się zarzekała, że zna skróty, dzięki czemu tak się zgubili, że błądzili przez kilka najbliższych godzin, a Cain prawie nerwowo obgryzał paznokcie. Na jej słowa przechylił głowę, uśmiechając się na nowo po tym nieprzyjemnych zajściu, jakim to widmo z Limbo było. Kosmyki włosów przesunęły się po jego czole. I czy to było złe, że komuś się podobał czyjś uśmiech? W żadnym razie. Ludzie wyglądali ładnie z uśmiechami! Dlatego warto się było uśmiechać często i gęsto i nie dawać pogrążać temu, co się wokół działo. Nawet jeśli łatwiej się mówiło niż robiło.
- Martwisz się o mnie? - Zatrzepotał rzęsami, ubawiony na nowo, chociaż tak, wyglądało na to, że pytała poważnie i nie brzmiało to jak jakaś kpina czy przytyk. Nie wyglądał na zestresowanego, przejętego, zmarnowanego pracą aurora. Na jakoś szczególnie przejętego też nie - tylko tutaj, przez chwilę, kiedy niebieski ogień tańczył przed nimi, a Atreus leżał pod ich nogami. Spojrzał z powrotem na to miejsce, widząc ten obrazek. Nieprzyjemny obrazek. Już niczego tam nie było, jakby naprawdę mieli urojenia. Zbiorowe, co gorzej. Ruszył do przodu dróżką, którą tutaj dotarli. - Bardzo szlachetnie. - I nie powiedział tego z przekąsem czy złośliwie, tylko było to stwierdzenie faktu z jego strony. Ćpuni byli... byli problematyczni. Mając na głowie kuzyna i matkę miał to doświadczenie z pierwszej ręki. - Hmmm... - Kopnął kamyczek pod swoimi nogami, zastanawiając się nad tym, co zrobiłby on. Tak jakby było się nad czym zastanawiać. Ale tka - głęboko się nad tym zamyślił. - Zażartowałbym, że dołączyłbym do zabawy, ale już zepsułaś dowcip. - Spojrzał na nią przez moment, nim podniósł wzrok przed siebie. A zepsuła, bo już się tam mądrze i szlachetnie o tym wypowiedziała, że aż ten "żarcik" głupio by zabrzmiał. - Mniej więcej to, co ty. Tylko pewnie dodałbym "pojebało cię?" - Kąciki ust drgnęły mu odrobinę bardziej. Chciał powiedzieć, że nic by nie zrobił. Że by zignorował problem. Ale nie zrobiłby pewnie tego. Albo by zapytał, czy ma więcej - w zależności od tego, jak bardzo kiepsko byłoby na dany moment. Lecz tak, nie potrafił przejść obojętnie obok cudzej krzywdy, nawet jeśli ten ktoś robił krzywdę sobie samemu.
Niektóre żarty naprawdę traciły na śmieszności, kiedy za bardzo się je ciągnęło, wyinaczało, albo tłumaczyło - tak było w tym przypadku, sprzątaczki Grażyny i biblioteki. Była mowa o tym, jak się przechodzi z punktu A do B... ale, no cóż. Zanotował za to jej słowa, które rzeczywiście zabrzmiały jak taka mała przechwałka, tak dobrze powiedziane - jak próba zaimponowania. Jestem panią Lestrange, a ty? Jesteś kimś mniej niż ta baby duck puszczana w kąpieli dzieciom. Albo rzucana psu, żeby ten się pobawił. Przerysowując, bo Cain wcale nie odebrał tego jako przytyku, nie poczuł się gorszy i nie czuł się, broń Merlinie, atakowany czy obrażany. Tym nie mniej nie kontynuował i tylko z rozbawieniem pokręcił głową. Ważne, że miała się gdzie chować, ot co!
- Ktoś, kto widział, albo słyszał, tylko część i jego wyobraźnia dopisała resztę. - Zaśmiał się, ale nie nawet z samego tematu, tylko z jej nieszczęśliwego tonu i tej drobnej zmiany mimiki, którą przybrała, najpierw się marszcząc, a potem wydając z siebie ten smutno-żałosny dźwiękojęk. - Przynajmniej czegoś się spodziewałaś. - Bo w zasadzie Cain to nie wiedział nawet, czego się spodziewać. Widmo z Limbo wpisywało się jakoś... w rzecz akceptowalną i wcale nie tak szokującą. Albo po prostu naoglądał się już w swoim krótkim życiu za dużo szajsu, dlatego teraz robiło to na nim mniejsze wrażenie, niż powinno? Przez moment jednak jeszcze się jej przypatrywał, żeby się upewnić, że nie ma jakiegoś ataku paniki na ten przykład. Ofiary wypadków tak miewały. I te ataki potrafiły być bardzo niebezpieczne. - Na szczęście możemy poutrudniać pracę Departamentowi Tajemnic i niczego nie mówić.