- Daruj sobie te zdrobnienia. - Odezwała się z roztargnieniem. Avelina mogła tak do niej mówić, Brenna mogła tak do niej mówić, Mavelle mogła tak do niej mówić. Ale on? Mężczyzna, który sfałszował list (najwyraźniej) i który jeszcze się tutaj przed momentem szarpał z Aveliną? Nie. Nie bardzo. Kiedy tak spokojnie podszedł do tej różdżki i ją podniósł... chciał coś powiedzieć, otworzyła usta, ale zrezygnowała i sama BARDZO niechętnie opuściła swoją. Jeśli ten mężczyzna potrafił w magię bezróżdżkową to rzeczywiście ten patyk czy jego brak niczego nie zmieniał. Choć to było w zasadzie dość odruchowe z jej strony. - Jest upo... słucham? - Potrząsnęło nią aż. Nie, nikt z tu obecnych, po prostu szok przeszedł po jej umyśle i ciele wzdrygnięciem, kiedy to usłyszała. Bo tak, usłyszała, ale sądziła, że zaraz mogą się zacząć głupie komentarze Rookwooda, dlatego dodała dla pewności: - Tak, SŁYSZAŁAM co mówiłeś. - Podkreśliła, żeby nie było wątpliwości, rzucając mu złe i nieco ostrzegawcze spojrzenie, żeby sobie darował już te komentarze. Ewidentnie miał niewyparzoną buzię i musiał sobie pogadać. Nadal nie miała pewności, czy to czasem nie ten podejrzany typ zrobił to Avelinie, tylko coś poszło nie tak, dlatego tęskniła za jakimś Godrykiem, nie za nim. Mało to takich przypadków było? Zaklęcia i eliksiry się nie udawały i wtedy działa się tragedia. Ten typ. Wolałaby go naprawdę nie oglądać, zresztą zdrowiej najwyraźniej dla wszystkich - trzymać się z dala od Rookwoodów. Mimo to... mimo wszystko jakoś cofnęła rękę z tym liścikiem i schowała go z powrotem do kieszeni, ściskając w palcach. Jakby nigdy go tam nie było.
Z niemałym przerażeniem patrzyła na Avelinę, łapiąc ją delikatnie za dłoń, żeby ją... dodać jej otuchy? Być przy niej? A może raczej to ona chciała teraz poczuć ją? Uniosła znów różdżkę - i tutaj rzuciła ostrzegawcze spojrzenie (kolejne) do Rookwooda, które miało przekazać, że tym razem nie JEGO będzie czarować - żeby przynajmniej łopatologicznie poszukać śladów magii zauroczeń czy sliksirów. Mruczała swoją inkantację w głowie, gdy Augustus ją zagadywał. Ale ciągle zerkała na mężczyznę. Niech sobie nie myśli, że o nim zapomniała. Puściła ją dopiero, kiedy ta zaoferowała herbatę. Rzeczywiście... to nie były żadne zaklęcia, chyba nie eliksir. Więc to Beltane? Zgłaszały się już pary z takimi przypadłościami...
- Dawaj. - Podeszła ze złością do Augustusa i wzięła od niego świeczki, rozglądając się za jakąś przestrzenią wolną. I w końcu wybrała po prostu podłogę. - Żaden z nas nie ściągał jeszcze tego rytuału z Beltane, jeśli to naprawdę jest to. - Mruknęła do niego przez zęby, łypiąc z dołu. Siłą rzeczy z dołu, bo może do najniższych nie należała, ale nadal dzieliło ich tych 14 centymetrów. - Spróbuję. A potem mi to wszystko wyjaśnicie. - Na przykład to, czemu ten paskud w ogóle tutaj był i czemu się przykleił do Avleiny i co miał z nią ten kleszcz wspólnego. Kurwikleszcz jak to ktoś inny w innym czasie i innej przestrzeni użył wobec... jeszcze kogoś innego.
- Aaa... wiesz, będziemy tak latać, szukać go... - Powiedziała trochę nerwowo Dani. - Ja go znajdę. - Przyobiecała, skupiając się. Kobieta zorganizowała sobie miejsce i zaczęła ustawiać świece i przygotowywać krąg. - To zaraz wypijemy herbatę, dobrze? Chodź tutaj, Avelino. Chodź, chodź, usiąść na chwilę. - Poprosiła kobieta wskazując jej miejsce.