Zatrzymał się i przykulił ramiona, słysząc ojcowskie słowa. Jego dłoń już prawie dosięgała do klamki. Jeszcze tylko parę kroków i mógłby stąd wyjść. Zostawić to za sobą, choć nie dałoby się udawać, że nic się nie stało. Ta cisza między nimi była przerywana jego szlochem. Cofnął powoli swoją rękę, którą chciał wyciągać do klamki, stojąc w tym pokoju, który teraz wydawał się zupełnie pusty, nie potrafiąc postąpić tak do końca, jak powinien był zrobić. Czyli wyjść. Nie potrafiąc też odpowiedzieć na pytania Edwarda. Podskoczył wręcz, kiedy kałamarz upadł na podłogę i dopiero wtedy obrócił się w kierunku Edwarda. Czerń wyglądała obrzydliwie pośród tych wszystkich piękności, jakimi ojciec kochał się otaczać. Brzydki, czarny kleks, jak krew przelana w niewłaściwym celu i niewłaściwym miejscu. Albo jak parę łez.
- I c-co dalej? Zamkniesz mnie? J-jak matkę? - Może Edward nie zrobił tego własnoręcznie, może jej nie groził tak, jak jemu teraz wiedząc, że Laurent nie potrafił się teleportować. Ale uwięził ją - jak kanarka w klatce. - N-nie chcę... nie... - Wziął głęboki oddech i oderwał wzrok od biurka przetaczając rozjaśnionymi łzami oczami po meblach i suficie. Potrzebował oparcia. Źle mu się oddychało, bardzo źle, serce go kuło, cała klatka piersiowa bolała. - N-nie chcę o t-ym mówić. O Pa-ndorze. - Głęboki wdech, urwany. - C-czemu zawsze-e ona? Czemu o-ona jest zawsze najw-ażniejsza? Czee-emu musisz mi to z-zawsze robić?! - Zaczynał wpadać w histerię i słowa teraz już płynęły same. - T-tak bardzo się stałem... Dla Aydayi też... cze-emu... - Wycofał się pod drzwi, żeby oprzeć się o nie plecami starając utrzymać na nogach. - Czemu mnie w ogóle sprowadziłeś na ten świat... Czym w ogóle dla ciebie jestem? Zastępstwem? Pamiątką po Zofii?! - Kolejny paniczny wdech. Jego głos stawał się coraz głośniejszy i tylko przybierał na decybelach.