W tych czasach każdy powinien był uważać, kogo wpuszcza do domu, z kim rozmawia, o czym rozmawia. Szczególnie, kiedy było się mugolakiem. łatwo było zapomnieć o drugiej strony medalu, kiedy samemu uważało się, że ty i ci, których masz blisko są w porządku - to z całą resztą świata mogło być coś nie tak. Cain regularnie się zastanawiał, czy ktoś, kogo ma blisko nie zdradzi. Czy nie zdradzi ktoś z Zakonu. Komu można ufać wśród aurorów. Czy Minister Magii była już przekupiona? Jakie wartości wyznawała jego partnerka i co kryła za oklumencją... bo to, że była lubiana przez Brennę, że robiła na nim dobre wrażenie to jedno. To, że mogła mieć drugie życie, brzydkie i mroczne, drugie. Choć wtedy nie byłoby mowy o walce z Czarnym Panem. Wątpliwość pozostawała, ale to znowu nie tak, że Bletchley widział i szukał w każdym, kogo napotkał na swojej drodze zdrajcę. Szukał? Może tak. Tak, chyba szukał niepokojących znaków, ale niekoniecznie od razu myślał o każdym jak o psychopacie. W dodatku to, że popierasz czystość krwi nie mówiło od razu, że musisz być po stronie tego spierdoleńca. To wszystko było ciężkie, a świat nie chciał być czarno-biały.
Przez moment szedł tak z przechyloną głową, spoglądając na nią rozjaśnionymi przez promienie słońca szarymi oczami. Naprawdę wydawała się taką... szczerą, dobrą osobą. Przez tych kilka dni, kiedy mieli ze sobą do czynienia, niewiele o człowieku można powiedzieć i jak zostało już napisane - musieli się ciągle o sobie wiele dowiedzieć. Pierwsze wrażenia były jednak dla Caina naprawdę bardzo istotne. Bo niekoniecznie łatwo mu przychodziło zamazanie ich i zastąpienie czymś nowym, nawet jeśli te wspominane metki były odrywalne i niektóre naprawdę niestałe, bo bardziej lekkie, tak niektóre stanowiły wręcz naszywki. Tego już ciężej się było pozbyć. Tak, to było miłe. Oderwał od niej spojrzenie. Chyba światło słońca rzucało inne spojrzenie na drugiego człowieka, ale... było naprawdę przyjemnie ciepło. Tak letnio.
- Nie psujesz, co ty. - Na moment pogłębił się jego uśmiech w takim serdecznym rozbawieniu. - A właśnie - zależy! - Pstryknął palcami. - To niemal zawsze zależy. - Powiedział zdawkowo, ale sądził, że to dość oczywiste po zdaniu, które wypowiedziała sama Victoria. Zależy do kogo, zależy kiedy, zależy od warunków, zależy od tego, czy sam akurat nie jesteś pijany i czy coś głupiego ci nie strzeli do głowy. Bardzo dużo zależności, natomiast to była... - Ale to tylko taka mała spekulacja. Możemy pociągnąć - śmiało, od czego zależy. - Zachęcił ją do tej małej debaty, dyskusji, wymienienia się różnicą przekonań i poglądów na temat tego, gdzie była granica dbania o bliskich i do którego punktu człowiek poświęcał się bardziej komuś, kto był bliżej, a gdzie pojawiało się przyzwolenie na robienie sobie krzywdy wobec obcych, bo "nie moja sprawa".
- Niecelowo. W sensie - niespecjalnie. - Poprawił się, kiedy pożaliła się na to łapanie za słówka. Nie było to celem, żeby zrobić po złośliwości i słówko wytknąć, bo o ile jakiś mały żarcik zrobić można, tak nie był fanem tego typu dowcipów, jego zdaniem były raczej irytujące. - Można napisać coś dla Harper. Żarty, żartami, ale jeśli to może pomóc lepiej zmarnować trochę atramentu, niż nie.
Skierowali swoje kroki do wioski, by tam jeszcze trochę się przespacerować, posprawdzać, poszukać czegoś i niczego. Trochę pomilczeli, trochę jeszcze pogadali, a w końcu wrócili do biura, żeby spisać raport.