22.10.2023, 02:18 ✶
Jego bystre oczy wpatrywały się w ten wóz, kiedy analizował sytuację, próbując myśleć nie jak Flynn, tylko jak Crow i widział w swojej wybujałej wyobraźni wiele potencjalnych scenariuszy, jakie mogły się tutaj rozegrać. Ten przeklęty dziad miał w zanadrzu wiele sztuczek, najmilej byłoby pewnie go zamknąć w środku i zaczadzić podpalając to spróchniałe drewno, słyszał już nawet w głowie jak ten się miota waląc pięściami w ściany, ale dym przyciągnie gapiów. Znał wiele sposobów, które gapiów nie przyciągały, jedne z tych uciszających zanim ofiara wpadnie na jakieś ostatnie słowa. To byłoby bardzo łatwe - pozbyć się go w taki sposób i nie ryzykować niczym, ale była tutaj Layla, a on...
On się nie bał, on się wstydził.
Aż zadrżała mu ręka, kiedy do niego dotarło jak kosmate myśli go tutaj nawiedziły. Otrząsnął się z tego bardzo szybko, spoglądając na Tempest jakby go przyłapała na kradzieży ciastek, a później zaprzeczył szybko.
- T-to nie tak. - Może nie zabrzmiałoby to tak żałośnie, gdyby się nie zająknął? Ale się przecież nie zacznie teraz tłumaczyć, że ten frajer mógł donieść o tym gdzie jest jego byłej dziewczynie, a jego była dziewczyna była troszeczkę szalona. O siebie nie bał się wcale, bo mógł uciec stąd gdziekolwiek, ale Al... I ona... Reszta Bellów, która powoli zaczynała mu ufać. Jak tylko Fontaine odkryje, że mu na nich zależy, to wcale nie ten wóz pójdzie z dymem. Głośno przełknął ślinę, kiedy sobie wyobraził, że to Layla bezskutecznie wali rękoma w drzwi. - Zamknij się, wcale taki nie jestem. - Warknął, ale wcale nie był w tym szorstki, bardziej... załamany. Dopiero zbierał się w sobie do teatrzyku jaki będzie musiał tutaj odegrać. Nie był ani trochę gotowy na to, co zamierzała zrobić jego siostra. No dobrze - na to zaciśnięcie palców jeszcze tak, ale na pewno nie na ciągnięcie go od razu w stronę wejścia. Dziewczyna mogła od razu wyczuć lekki opór z jego strony, jakby się nagle rozmyślił i wolał jednak podążać w stronę lasu. - L-Layla p-po-pocz - poczekaj, chciał powiedzieć, ale nie zdążył, bo ta się w tańcu nie pierdoliła i ten trzask drewna i pękających, metalowych zawiasów zagłuszył w nim absolutnie wszystko - siłę woli, wiarę w lepsze jutro, chęci do dalszego życia w tym wcieleniu - na kilka sekund resztki pozytywnych myśli posypały się jak domek z kart i aż opuścił głowę w dół. Na brodę Merlina, jak on ją postrzeli, to się do końca życia nie pozbiera, nawet Alexander mu tego nie wybaczy, nic już nie będzie miało znaczenia, nic.
Z wnętrza nie wydobył się żaden dźwięk, zamiast tego, skoro potencjalni napastnicy nie raczyli wejść do środka, pierwszym rzuconym przez pana uciekiniera zaklęciem było zwyczajne wprawienie kół w ruch - spróbował stąd odjechać w pizdu. Przez moment Flynnowi przeszło przez myśl, że tak pewnie było dla nich wszystkich lepiej, wolałby równowartość tych pieniędzy komuś ukraść i porzucić im w nocy, ale ta wariatka jak gdyby nigdy nic zaczęła za nim biec i wskoczyła do środka.
- On ma strzelbę - powiedział biegnąc za nią, ale zrobił to tak cicho, że nie miał pojęcia czy go usłyszała, bo zniknęła już w środku. Przepraszam cię za wszystko Al, przepraszam przepraszam, pójdę stąd i nie wrócę, obiecuję - takie go głębokie rzeczy nachodziły, kiedy słyszał dźwięk odbezpieczenia broni i jakieś mamrotanie, zapewne groźby. Odbił się od ziemi i wskoczył tam za nią, nim się ten wóz rozpędził jeszcze bardziej, aby zastać taką scenę: ona stała na środku, oponent za ladą. Nie miał głowy, dosłownie. Celował do niej z broni i tylko po tym można było wywnioskować gdzie ma oko. I kiedy tylko sylwetka Flynna znalazła się w środku, z jego ust wydobyło się krótkie:
- O kurrwa...
A później zamiast w nią wycelował w niego. Stał tak twardo kilka długich sekund, a później ptak siedzący do tej pory na przyczepionej do ściany gałęzi zerwał się do lotu, żeby wlecieć im prosto w twarze. Jego genialny właściciel zrobił dokładnie to, co starszy Bell przewidział kilka minut temu - podbiegł do drzwi obok i zaczął się z nimi bezskutecznie szarpać.
- Zlituj się Crow, przecież martwy i tak nie zapłacę...
On się nie bał, on się wstydził.
Aż zadrżała mu ręka, kiedy do niego dotarło jak kosmate myśli go tutaj nawiedziły. Otrząsnął się z tego bardzo szybko, spoglądając na Tempest jakby go przyłapała na kradzieży ciastek, a później zaprzeczył szybko.
- T-to nie tak. - Może nie zabrzmiałoby to tak żałośnie, gdyby się nie zająknął? Ale się przecież nie zacznie teraz tłumaczyć, że ten frajer mógł donieść o tym gdzie jest jego byłej dziewczynie, a jego była dziewczyna była troszeczkę szalona. O siebie nie bał się wcale, bo mógł uciec stąd gdziekolwiek, ale Al... I ona... Reszta Bellów, która powoli zaczynała mu ufać. Jak tylko Fontaine odkryje, że mu na nich zależy, to wcale nie ten wóz pójdzie z dymem. Głośno przełknął ślinę, kiedy sobie wyobraził, że to Layla bezskutecznie wali rękoma w drzwi. - Zamknij się, wcale taki nie jestem. - Warknął, ale wcale nie był w tym szorstki, bardziej... załamany. Dopiero zbierał się w sobie do teatrzyku jaki będzie musiał tutaj odegrać. Nie był ani trochę gotowy na to, co zamierzała zrobić jego siostra. No dobrze - na to zaciśnięcie palców jeszcze tak, ale na pewno nie na ciągnięcie go od razu w stronę wejścia. Dziewczyna mogła od razu wyczuć lekki opór z jego strony, jakby się nagle rozmyślił i wolał jednak podążać w stronę lasu. - L-Layla p-po-pocz - poczekaj, chciał powiedzieć, ale nie zdążył, bo ta się w tańcu nie pierdoliła i ten trzask drewna i pękających, metalowych zawiasów zagłuszył w nim absolutnie wszystko - siłę woli, wiarę w lepsze jutro, chęci do dalszego życia w tym wcieleniu - na kilka sekund resztki pozytywnych myśli posypały się jak domek z kart i aż opuścił głowę w dół. Na brodę Merlina, jak on ją postrzeli, to się do końca życia nie pozbiera, nawet Alexander mu tego nie wybaczy, nic już nie będzie miało znaczenia, nic.
Z wnętrza nie wydobył się żaden dźwięk, zamiast tego, skoro potencjalni napastnicy nie raczyli wejść do środka, pierwszym rzuconym przez pana uciekiniera zaklęciem było zwyczajne wprawienie kół w ruch - spróbował stąd odjechać w pizdu. Przez moment Flynnowi przeszło przez myśl, że tak pewnie było dla nich wszystkich lepiej, wolałby równowartość tych pieniędzy komuś ukraść i porzucić im w nocy, ale ta wariatka jak gdyby nigdy nic zaczęła za nim biec i wskoczyła do środka.
- On ma strzelbę - powiedział biegnąc za nią, ale zrobił to tak cicho, że nie miał pojęcia czy go usłyszała, bo zniknęła już w środku. Przepraszam cię za wszystko Al, przepraszam przepraszam, pójdę stąd i nie wrócę, obiecuję - takie go głębokie rzeczy nachodziły, kiedy słyszał dźwięk odbezpieczenia broni i jakieś mamrotanie, zapewne groźby. Odbił się od ziemi i wskoczył tam za nią, nim się ten wóz rozpędził jeszcze bardziej, aby zastać taką scenę: ona stała na środku, oponent za ladą. Nie miał głowy, dosłownie. Celował do niej z broni i tylko po tym można było wywnioskować gdzie ma oko. I kiedy tylko sylwetka Flynna znalazła się w środku, z jego ust wydobyło się krótkie:
- O kurrwa...
A później zamiast w nią wycelował w niego. Stał tak twardo kilka długich sekund, a później ptak siedzący do tej pory na przyczepionej do ściany gałęzi zerwał się do lotu, żeby wlecieć im prosto w twarze. Jego genialny właściciel zrobił dokładnie to, co starszy Bell przewidział kilka minut temu - podbiegł do drzwi obok i zaczął się z nimi bezskutecznie szarpać.
- Zlituj się Crow, przecież martwy i tak nie zapłacę...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.