Flynn był człowiekiem skomplikowanym jeżeli chodziło o słowa, ale stawał się otwartą książką jeżeli chodziło o dotyk. Skorzystał z tego, że Alexander objął go ręką bardzo szybko - on się już wcale do niego nie przybliżał, on na niego napierał, sklejając ich jak największą powierzchnią ciała. Człowiek, który chciałby w tym dostrzec dotyk przyjacielski lub braterski, musiałby żyć bardzo głęboką ułudą - to był dotyk zwyczajnie pożądliwy, tylko przygaszony mocno dużą dozą niepewności. Wysłuchał całej tej odpowiedzi w ciszy, gładząc go przy tym ręką po ciele, ale widać po nim było, że średnio to do niego trafia. Mógłby jak normalny człowiek odpowiedzieć, ale nie był normalny i wolał to wszystko puścić mimo uszu zamiast się wdawać w liryczną przepychankę na temat tego co było lepszym rozwiązaniem - cierpieć bo się coś zrobiło, czy cierpieć bo się nie zrobiło nic. Flynn nie widział różnicy, ale z doświadczenia wiedział, że bycie biernym było po prostu łatwiejsze. Kiedy kobiety tak zawzięcie walczyły o swoje prawa i równość, on całkiem silnie walczył o swoją degradację - naprawdę lubił, kiedy ktoś inny za niego decydował i nadawał mu jakiś sens. Tam sam z siebie... To trochę nie istniał. Jakby go nie było, tylko tak sobie egzystował bez celu. Potrzebował oczu, które na niego patrzyły. Ust, które mu mówiły, że miał nie zostawać w tyle za wszystkimi.
Wtulił się w tego misia, bok głowy oparł o jego klatkę piersiową, rękę nie obejmującą go wokół, bezczelnie położył mu na udzie.
- Al, ja już nie jestem tym dzieckiem. Prawie nic z tego ducha we mnie nie zostało.
On siebie już w lustrze nie poznawał. Może jakieś skrawki, strzępki dzieciństwa którego w gruncie rzeczy nie miał, nawet to wieczne milczenie miało swoje nowe powody istnienia, inny obraz. Ta gula w gardle blokująca wysłowienie się bolała i smakowała inaczej niż trzynaście lat temu. Prawie nic z tego dziecka w nim nie zostało, ale to w pewnym sensie przecież dobrze, bo to dziecko wcale nie było tutaj szczęśliwe, skoro uciekło od niego i tyle czasu nie chciało wracać, gdyby się nie rozdzielili na tyle i nie dorośli osobno, to... wcale nie mieli gwarancji tego, że wszystko potoczyłoby się dobrze.
- Nie będę ci już nigdy tym kim byłem wcześniej. To wy mnie chcieliście wychować na druha i kompana, ja samego siebie wychowałem na szmatę do podłogi.
Nie zaśmiał się, kiedy to próbował z siebie wydukać, bo to wcale nie był żart - dla niego to było całkiem trafne porównanie. Może nawet powinien wrócić na tę podłogę i się temu oddać już zupełnie, to by chociaż częściowo odpokutował te wszystkie winy co mu ciążyły na sercu, ale on się przecież nie zmienił w dobrego człowieka tylko w zepsutego. I ten zepsuty człowiek jakim się stał na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zabrnął w to już tak daleko, że teraz by po prostu nie zniósł, gdyby Alexander go zechciał od siebie jednak odepchnąć - zadarł głowę do góry, żeby mu skraść pierwszy w ich życiu pocałunek, ledwie sekundy po tym, jak się w rozmowie sprowadził do roli przedmiotu.
- Nie cofnę tego, ale bycia najgorszym ścierwem też nie cofnę. Polubisz mnie takiego?
Wtulił się w tego misia, bok głowy oparł o jego klatkę piersiową, rękę nie obejmującą go wokół, bezczelnie położył mu na udzie.
- Al, ja już nie jestem tym dzieckiem. Prawie nic z tego ducha we mnie nie zostało.
On siebie już w lustrze nie poznawał. Może jakieś skrawki, strzępki dzieciństwa którego w gruncie rzeczy nie miał, nawet to wieczne milczenie miało swoje nowe powody istnienia, inny obraz. Ta gula w gardle blokująca wysłowienie się bolała i smakowała inaczej niż trzynaście lat temu. Prawie nic z tego dziecka w nim nie zostało, ale to w pewnym sensie przecież dobrze, bo to dziecko wcale nie było tutaj szczęśliwe, skoro uciekło od niego i tyle czasu nie chciało wracać, gdyby się nie rozdzielili na tyle i nie dorośli osobno, to... wcale nie mieli gwarancji tego, że wszystko potoczyłoby się dobrze.
- Nie będę ci już nigdy tym kim byłem wcześniej. To wy mnie chcieliście wychować na druha i kompana, ja samego siebie wychowałem na szmatę do podłogi.
Nie zaśmiał się, kiedy to próbował z siebie wydukać, bo to wcale nie był żart - dla niego to było całkiem trafne porównanie. Może nawet powinien wrócić na tę podłogę i się temu oddać już zupełnie, to by chociaż częściowo odpokutował te wszystkie winy co mu ciążyły na sercu, ale on się przecież nie zmienił w dobrego człowieka tylko w zepsutego. I ten zepsuty człowiek jakim się stał na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zabrnął w to już tak daleko, że teraz by po prostu nie zniósł, gdyby Alexander go zechciał od siebie jednak odepchnąć - zadarł głowę do góry, żeby mu skraść pierwszy w ich życiu pocałunek, ledwie sekundy po tym, jak się w rozmowie sprowadził do roli przedmiotu.
- Nie cofnę tego, ale bycia najgorszym ścierwem też nie cofnę. Polubisz mnie takiego?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.