O Boże. O Merlinie. Na nogi Morgany. Na słodkie usta Maeve i przeklętą urodę Carmilli. Boże...
To był jeszcze moment wyparcia. Niedowierzania w to, co widzi i co się dzieje. Nie poruszył się ani o milimetr, spięty do granic, podpierając się rękoma o blat i zaciskając na nim palce. Nie mógł puścić. Zamarł w takim bezruchu i nawet słowa Victorii o tym, żeby się nie ruszał, nie były potrzebne. Chociaż nie, były. Nie wiedział, czy ma to... COŚ dotykać, brać nożyczki i ucinać czy... Dopóki było niedowierzanie i dopóki mózg nie rejestrował do końca - było dobrze. Kiedy jednak rejestrować zacznie to i zacznie się panika. Victoria znała to z autopsji - trzeba było być idealnym. Tu nie było miejsca na błędy, na to, żeby o siebie nie dbać - o swoją urodę - żeby się źle zachowywać. Na pewno nie było miejsca na kaktusy. Nie lubił ich ogólnie, ale teraz miał znielubić te rośliny jeszcze bardziej. KAKTUSY NA GŁOWIE. Kaktus. W liczbie: jeden.
Spojrzał na Victorię w odbiciu lustra, kiedy do niego podeszła. Nagusieńka, ale tutaj nie było się czego wstydzić ani czego ukrywać, choć on akurat miał na sobie biały szlafrok - tylko dlatego, że wyszedł z kąpieli. Nieco ukucnął, żeby mogła na to spojrzeć, a kiedy już obwieściła swoje...
- O Merlinie... - Wydobyło się z jego ust. No i teraz zaczynało być już trochę pod górkę. Zrobił wielkie oczy i rozpoczął się plan: panika. Czyli moment, w którym nie bardzo był jakikolwiek plan, kiedy nie wiadomo było, co zrobić, a przydałoby się zrobić w zasadzie cokolwiek. Pogawędka o narzeczonym Victorii i o wszystkim innym chwilowo spadła na samo dno w obliczu TEJ tragedii. Jeszcze trochę się na to popatrzy w lustrze i chyba tu zemdleje. Dlatego jednak się ruszył i obrócił przodem do kobiety, spoglądając jej teraz prosto w twarz. - Mam to uciąć? - To było pierwsze, co mu przyszło do głowy. - Muszę się tego pozbyć, na Merlina, może napiszę do Florence... - Odezwał się gorączkowo, gotów już pędzić i słać list gdziekolwiek. W zasadzie to nie, nie gdziekolwiek. Bo chyba wolałby tu zejść i umrzeć niż pokazać się w TYM stanie niepowołanej osobie, a na pewno nie poszedłby do Munga. Nie ma mowy. NIE! Musiał być inny sposób na pozbycie się tego... - Spróbuj to rozproszyć, proszę. - Co prawda Victoria chyba nie była żadną klątwołamaczką, ale czy to w ogóle była klątwa? Z jego ostatnich informacji nie wynikało, żeby ktokolwiek go przeklinał, choć cholera wie! Może ktoś był zazdrosny o abraksany, albo wygraną Michaela w zawodach. Nie ważne! Wszystko było przecież całkowicie normalnie jeszcze chwilę temu, a tutaj problem... cóż, można powiedzieć śmiało, że problem wyrósł sam. Chyba jednak przy tym jakże wielkim, życiowym dramacie nawet Victoria zapomniała o swoich problemach związanych z przekochanym i przeuroczym Rosierem. Przy czym to nie tak, że temu umniejszał, tak samo jak nie umniejszała ona, ale umówmy się - sytuacja była krytyczna.