12.11.2022, 22:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2022, 23:15 przez Eden Lestrange.)
Musiała przyznać, że zdziwiło ją, że tyle dorosłych, bądź co bądź, ludzi z dobrych domów nie wiedziało, jak zachować się w towarzystwie. Już naprawdę nie chodziło o nieodpowiedni ubiór, to jeszcze można było jakoś przeboleć, wszakże nie każdy regularnie wybywał na polowania. Jednak skoro już jedyne, co doczytali na zaproszeniu, to "przyjęcie urodzinowe", czemu nikt inny nie wręczył prezentów jubilatom? Nie widziała, by ktoś przyniósł jakiś podarunek poza nią, toteż miała szczerą nadzieję, że co poniektórzy zrobili to, zanim się pojawiła. W innym wypadku najbardziej współczuła Geraldine - na jej miejscu zastanowiłaby się po wszystkim porządnie, czy takich ludzi chciała trzymać w swoim kręgu znajomych.
- Daj spokój - odparła na zarzut osiągnięcia perfekcji. - Po prostu wiem, że nie należy porywać się z motyką na słońce. Mam nadzieję, że prezent będzie ci dobrze służył. - Uśmiechnęła się ponownie do Gerry. Tym razem wydawało się, że zrobiła to zupełnie szczerze.
Komentarz o kabarecie różowej trzpiotki w tiulu przyjęła z kwaśnym uśmiechem, patrząc na nią, jakby próbowała połączyć twarz z imieniem. Mówiła, że jest... kuzynką? Eden nie kojarzyła, więc nie mogła być bezpośrednią rodziną. Może to siódma woda po kisielu? Może widywały się na rodzinnych obiadkach raz na jakiś czas?
- Och... - wydała z siebie dźwięk zrozumienia, kiedy Yaxley przedstawiła kobietę. - No tak, Josephina. Dobrze cię znowu widzieć, Josie - pokiwała głową, posłała jej wymuszony uśmiech, po czym złapała za ramię Gerry i zacisnęła charakterystycznie dłoń, jakby dziękowała kobiecie, że uratowała ją przed popełnieniem faux pas. Naprawdę nie miała zielonego pojęcia, kim ona jest.
- Mówisz, że Theseus to twój wierny towarzysz? Czemu opisujesz to tak, jakby był twoim psem? - zapytała Gerry, lecz od razu zaśmiała się serdecznie, wyciągając dłoń w kierunku Fletchera. - Eden Lestrange - przedstawiła się wreszcie. Uśmiechnęła się enigmatycznie do mężczyzny, jednak nie powiedziała nic więcej.
Borgina natomiast zmierzyła spojrzeniem, a uśmiech na moment zniknął z twarzy. Teoretycznie nie powinna mieć mu za złe tego, co właściwie miała mu za złe, bo wszystko było winą niedojrzałości emocjonalnej i żałosnej próby zemszczenia się ze strony Elliotta, niemniej Logan grał w tym wszystkim dość istotną rolę. Rozumiała, że nie pomógł jej bliźniakowi z zawiści do niej, że to zwyczajny biznes. Niemniej niesmak pozostał, toteż nie przywitała się.
- Dzień dobry, Lori - odparła znacznie spokojniej na widok szwagierki niż ona sama, lecz zdecydowanie wyglądała na równie kontentą z jej obecności. Nie mogła jednak tego samego powiedzieć o jej narzeczonym, a młodszym bracie jubilatów. Patrząc na Leandra zrobiła zbolałą minę, jakby siły witalne ją opuściły, żeby zrobić fikołka z niemocy tuż obok. - Dziękuję. W pocie czoła ćwiczę, żeby w niektórych przypadkach robić to permanentnie. - W odpowiedzi na zapieranie tchu w piersiach uśmiechnęła się również do Leandra, lecz śmiały się jedynie usta. Oczy świdrowały go beznamiętnie, lecz też niezbyt długo - musiała zadzierać głowę, by patrzeć mu na twarz, a późniejszy ból szyi nie był wart tych widoków.
Kiedy podeszła do ich małego, uroczego zbiorowiska Pani Yaxley, Eden uśmiechnęła się ponownie szczerze. Nie miała nic do Jennifer, musiała przyznać. Poza tym Lestrange była tą osobą, która lepiej dogadywała się z rodzicami swoich znajomych niż z nimi samymi. Podobno mówiło się wtedy, że ktoś jest starą duszą?
- Zabranie Williama na polowanie byłoby zagrożeniem życia nie tylko dla nas wszystkich, ale i dla niego. Tak się składa, że ostatnio nawet wolę jednak, kiedy pozostaje żywy. - Pokiwała głową, jakby była zawiedziona faktem, że nie mogła go zabrać. - Poza tym przechodzi fazę walki o prawa skrzatów domowych, więc nie byłby zadowolony z takiej ilości służby kręcącej się wokół. - To zdanie wypowiedziała ze zmęczeniem w głosie, brzmiąc, jakby to była batalia, którą stoczyła i przegrała. Nie było co się roztrząsać, każdy ma jakieś wady. W przypadku męża Eden była to empatia wobec niższych form życia.
Przybycie kolejnej nieznajomej, tym razem blondynki, zwróciło uwagę Eden nie na nią samą, a ponownie na Lorettę. Głównie dlatego, że nowoprzybyła użyczyła swojej marynarki Lori; wtedy właśnie Eden zauważyła rozmazaną szminkę na ustach szwagierki. Znała ją na tyle, by wiedzieć, że zawsze pilnowała, aby makijaż pozostał nienaganny, więc ten mały mankament zwyczajnie wzbudził wątpliwość.
- Kochanie, czemu masz rozmazaną szminkę? - zapytała wprost, patrząc na ciemnowłosą. Zmarszczyła brwi, po czym przeniosła wzrok na Leandra. Co ty jej robiłeś, szarlatanie? - Może chcesz jeszcze raz pomalować usta? Pożyczę ci moją, jeśli nie masz pod ręką - zaproponowała Lorecie, lecz cały ten czas patrzyła na twarz Yaxleya, a nie swojej szwagierki. Coś jej nie pasowało, Lori nie wyszłaby z własnej woli do ludzi w takim stanie. Artyści dbalii o estetykę; o szczegóły.
- Daj spokój - odparła na zarzut osiągnięcia perfekcji. - Po prostu wiem, że nie należy porywać się z motyką na słońce. Mam nadzieję, że prezent będzie ci dobrze służył. - Uśmiechnęła się ponownie do Gerry. Tym razem wydawało się, że zrobiła to zupełnie szczerze.
Komentarz o kabarecie różowej trzpiotki w tiulu przyjęła z kwaśnym uśmiechem, patrząc na nią, jakby próbowała połączyć twarz z imieniem. Mówiła, że jest... kuzynką? Eden nie kojarzyła, więc nie mogła być bezpośrednią rodziną. Może to siódma woda po kisielu? Może widywały się na rodzinnych obiadkach raz na jakiś czas?
- Och... - wydała z siebie dźwięk zrozumienia, kiedy Yaxley przedstawiła kobietę. - No tak, Josephina. Dobrze cię znowu widzieć, Josie - pokiwała głową, posłała jej wymuszony uśmiech, po czym złapała za ramię Gerry i zacisnęła charakterystycznie dłoń, jakby dziękowała kobiecie, że uratowała ją przed popełnieniem faux pas. Naprawdę nie miała zielonego pojęcia, kim ona jest.
- Mówisz, że Theseus to twój wierny towarzysz? Czemu opisujesz to tak, jakby był twoim psem? - zapytała Gerry, lecz od razu zaśmiała się serdecznie, wyciągając dłoń w kierunku Fletchera. - Eden Lestrange - przedstawiła się wreszcie. Uśmiechnęła się enigmatycznie do mężczyzny, jednak nie powiedziała nic więcej.
Borgina natomiast zmierzyła spojrzeniem, a uśmiech na moment zniknął z twarzy. Teoretycznie nie powinna mieć mu za złe tego, co właściwie miała mu za złe, bo wszystko było winą niedojrzałości emocjonalnej i żałosnej próby zemszczenia się ze strony Elliotta, niemniej Logan grał w tym wszystkim dość istotną rolę. Rozumiała, że nie pomógł jej bliźniakowi z zawiści do niej, że to zwyczajny biznes. Niemniej niesmak pozostał, toteż nie przywitała się.
- Dzień dobry, Lori - odparła znacznie spokojniej na widok szwagierki niż ona sama, lecz zdecydowanie wyglądała na równie kontentą z jej obecności. Nie mogła jednak tego samego powiedzieć o jej narzeczonym, a młodszym bracie jubilatów. Patrząc na Leandra zrobiła zbolałą minę, jakby siły witalne ją opuściły, żeby zrobić fikołka z niemocy tuż obok. - Dziękuję. W pocie czoła ćwiczę, żeby w niektórych przypadkach robić to permanentnie. - W odpowiedzi na zapieranie tchu w piersiach uśmiechnęła się również do Leandra, lecz śmiały się jedynie usta. Oczy świdrowały go beznamiętnie, lecz też niezbyt długo - musiała zadzierać głowę, by patrzeć mu na twarz, a późniejszy ból szyi nie był wart tych widoków.
Kiedy podeszła do ich małego, uroczego zbiorowiska Pani Yaxley, Eden uśmiechnęła się ponownie szczerze. Nie miała nic do Jennifer, musiała przyznać. Poza tym Lestrange była tą osobą, która lepiej dogadywała się z rodzicami swoich znajomych niż z nimi samymi. Podobno mówiło się wtedy, że ktoś jest starą duszą?
- Zabranie Williama na polowanie byłoby zagrożeniem życia nie tylko dla nas wszystkich, ale i dla niego. Tak się składa, że ostatnio nawet wolę jednak, kiedy pozostaje żywy. - Pokiwała głową, jakby była zawiedziona faktem, że nie mogła go zabrać. - Poza tym przechodzi fazę walki o prawa skrzatów domowych, więc nie byłby zadowolony z takiej ilości służby kręcącej się wokół. - To zdanie wypowiedziała ze zmęczeniem w głosie, brzmiąc, jakby to była batalia, którą stoczyła i przegrała. Nie było co się roztrząsać, każdy ma jakieś wady. W przypadku męża Eden była to empatia wobec niższych form życia.
Przybycie kolejnej nieznajomej, tym razem blondynki, zwróciło uwagę Eden nie na nią samą, a ponownie na Lorettę. Głównie dlatego, że nowoprzybyła użyczyła swojej marynarki Lori; wtedy właśnie Eden zauważyła rozmazaną szminkę na ustach szwagierki. Znała ją na tyle, by wiedzieć, że zawsze pilnowała, aby makijaż pozostał nienaganny, więc ten mały mankament zwyczajnie wzbudził wątpliwość.
- Kochanie, czemu masz rozmazaną szminkę? - zapytała wprost, patrząc na ciemnowłosą. Zmarszczyła brwi, po czym przeniosła wzrok na Leandra. Co ty jej robiłeś, szarlatanie? - Może chcesz jeszcze raz pomalować usta? Pożyczę ci moją, jeśli nie masz pod ręką - zaproponowała Lorecie, lecz cały ten czas patrzyła na twarz Yaxleya, a nie swojej szwagierki. Coś jej nie pasowało, Lori nie wyszłaby z własnej woli do ludzi w takim stanie. Artyści dbalii o estetykę; o szczegóły.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~