Prawie zaciskał oczy, kiedy w ogóle wyciągnęła dłoń do tego... tego paskudztwa! Tego obrzydlistwa! Jeszcze trochę i zacznie tutaj mdleć, bo już mu kolana miękły i zresztą opadł na krzesło stojące przed lustrem. Wielkie szafy wbudowane w ścianę, magiczne rzecz jasna, które przesuwały tam koszule i garnitury czy inne swetry same, wystarczyło wyciągnąć różdżkę i pomyśleć, jakiego koloru potrzebujesz na dziś. Tak jakby szafa Laurenta pełna była tak wielu barw... ale to już inna sprawa. Tylko niektóre garnitury były powierzone na zewnątrz, czy pojedyncze sweterki, niektóre rzeczy leżały elegancko poskładane, niektóre zegarki leżały na miękkich poduszeczkach i czekały na to, żeby je założyć. Laurent nie wyobrażał sobie, że mógłby żyć inaczej. A jeszcze bardziej nie wyobrażał sobie, że miałby tutaj wchodzić i musieć cokolwiek na siebie ubierać z tym czymś na swojej głowie. Że miałby teraz z TYM żyć i jeszcze się do tego życia przystosować. Jakoś. Ludziom umierali krewni, mieli pechowe małżeństwa, ale to nic! Wszystko to wyrzućcie! Świat się właśnie kończył nie tak młodemu już Prewettowi, któremu dawno też powinni rodzice znaleźć żonę.
- Na Morrigan, Victorio... - Głos już mu wręcz drżał, ale bogowie mu światkiem, że starał się nad sobą zapanować, zachować spokój, tak samo jak klarowność umysłu, bo to było w końcu bardzo ważne! Panika nikomu nie służyła to prawda. Zgrozo, był bardziej opanowany tej zimy, kiedy wyciągał feniksa spod gruzów i Śmierciożerca pojawił się niedaleko przed nim. - Nic szczególnego nie robiłem, wszystko jest w normie. - NIC nie jest w normie! Ale było. Nic się nie zmieniło, nie robił niczego dziwnego. Obejrzał się na toaletkę i sięgnął po różdżkę, ale zaraz ją zostawił. Już chciał myśleć nad jakąś transmutacją, ale mogło to tylko zaszkodzić, albo być nietrwałym. Więc lepiej przy tym nie grzebać, bo naprawdę mógł tylko zaszkodzić. A to ona była tutaj specjalistką od magii rozproszeń. - Kup... - Zaciął się, gorączkowo szukając coś nowego. Czegoś nowego. Coś, co wpadło mu w ręce, miał to dzisiaj i... tak! Kiedy powiedziała, że może coś dostałeś to go olśniło. - Szampon! Nie kupiłem sam, otrzymałem, ooo... - Jęknął, oglądając się teraz w kierunku łazienki, nadal rozjaśnionej, bo sądził, że Victoria również będzie chciała się umyć. Jego błąd, powinien być w końcu mądrzejszy, lepiej to sprawdzić. To brzmiało jak bardzo nieśmieszny, nieco mściwy żarcik. Ale byłoby kłamstwem, gdyby powiedział, że jego życie opierało się tylko i wyłącznie na słodkościach i romansach, które toczą się tak gładko jak ten z Victorią. Bo ludzie rzeczywiście cierpieli, kiedy się ich odrzucało. A niektórzy przy tym nie potrafili tego potraktować z godnością i potrafili się naprawdę paskudnie wyzłośliwiać. Może miał szczęście, tak naprawdę, że to tylko kaktus, a nie coś żrącego, co zniszczyłoby mu twarz już na zawsze? Albo przynajmniej na bardzo długi czas. Podniósł się, całkowicie wstydliwie teraz zaplatając się tym szlafrokiem i obejmując rękoma, chociaż to nie swojego ciała się wstydził aktualnie, a tego, co mu się przydarzyło. To, co stać się miało na tym ślubie ze złapaniem bukietu to było absolutne N I C w porównaniu do tego krindżu, jaki odczuwał teraz i kompletnego poczucia poniżenia. Wszedł do łazienki i złapał ten szampon, spoglądając na niego, na jego opakowanie, obracając ulotkę... w końcu podał to Victorii. - No oczywiście. Patrz. - Wiedział, że wyłapie - może to nie rzucało się nawet w oczy na pierwszy rzut, ale na kolejny widać było, że to żaden szampon - to narzędzie do kawałów. Na szczęście niezbyt groźne...