13.11.2022, 00:00 ✶
Tobołów było całe dwa, zawieszone po obu stronach motocykla i w zasadzie w niczym nie przypominały walizek – prędzej sakwy. Niemniej trochę jednak ważyły, choć zapewne waga ta byłaby jeszcze większa, gdyby nie zaklęcia w nie władowane.
- Och, to cudownie – zachwyciła się, naprawdę ucieszona wizją makaronu. Z serem. Zbyt dawno już nie jadła takiego rarytasu, a przynajmniej tego spod ręki Brenny – tę konkretnie wersję uznawała za jedyną słuszną i jakoś pomimo prób nie potrafiła uzyskać dokładnie tego samego efektu. Nad czym okrutnie ubolewała; widocznie jednak nawet gotowanie rządziło się swoimi prawami i wychodziło na to, że nie wystarczy jedynie mieć przepis i stosować się do niego z dokładnością co do miligrama.
- … może w takim razie trzeba jakiegoś klątwołamacza zawołać? Bo to jednak nie brzmi dobrze, kuchnia stająca w płomieniach, gdy tylko przekroczysz próg – niby żartowała, niby wiedziała, że to było jedynie swego rodzaju wyolbrzymienie mające za zadanie ukazać Erikowy antytalent do wszelkich spraw, które choć w najmniejszej części wiązały się z szeroko pojętym gotowaniem. W kuchni zaś, o ile kuzynka jej nie pogoniła, pomogła przy rozkładaniu zapiekanki – a przynajmniej mogła odebrać talerze i rozstawić je na stole - uważnie słuchając paplaniny Brenny. I nawet nieco szerzej się wyszczerzyła, gdy usłyszała, gdzie będzie mieć pokój. Jakoś tak czasy Hogwartu same się nasuwały – dość blisko, żeby wyciągnąć drugą z łóżka i wybrać się na szwendanie.
Choć miały teraz o wiele więcej lat i chyba ich raczej nie będzie nachodziło na podobne eskapady.
Na widok zaś zdjęcia parsknęła wesołym śmiechem. O, jakże cudowne to było!
- Nic, tylko oprawić w ramkę i powiesić – stwierdziła wesoło – Co się wtedy właściwie stało? – spytała zaciekawiona, jakaż to historia stała za miną Erika.
- Psów? Uwielbiam psy, a co? – odparła, unosząc brew, nie będąc przy tym pewna, co tak Erik wyskoczył ze czworonogami niczym filip z konopi. Z tymi czworonogami zresztą odczuwała pewną więź, głównie za sprawą węchu, który właściwie dzieliła z tymi zwierzętami. No i miała wilka jako patronusa, to też o czymś, w pewnym stopniu, świadczyło. - Aaaa, więc to tak – skinęła głową, gdy Brenna wyjaśniła, o co chodzi – No nie mam nic przeciwko, zresztą to wasz dom. Nawet jeśli też tu jestem zameldowana – uznała. No i z pewnością będzie pierwsza do rozpieszczania nowego lokatora, jakżeby inaczej.
- Och, to cudownie – zachwyciła się, naprawdę ucieszona wizją makaronu. Z serem. Zbyt dawno już nie jadła takiego rarytasu, a przynajmniej tego spod ręki Brenny – tę konkretnie wersję uznawała za jedyną słuszną i jakoś pomimo prób nie potrafiła uzyskać dokładnie tego samego efektu. Nad czym okrutnie ubolewała; widocznie jednak nawet gotowanie rządziło się swoimi prawami i wychodziło na to, że nie wystarczy jedynie mieć przepis i stosować się do niego z dokładnością co do miligrama.
- … może w takim razie trzeba jakiegoś klątwołamacza zawołać? Bo to jednak nie brzmi dobrze, kuchnia stająca w płomieniach, gdy tylko przekroczysz próg – niby żartowała, niby wiedziała, że to było jedynie swego rodzaju wyolbrzymienie mające za zadanie ukazać Erikowy antytalent do wszelkich spraw, które choć w najmniejszej części wiązały się z szeroko pojętym gotowaniem. W kuchni zaś, o ile kuzynka jej nie pogoniła, pomogła przy rozkładaniu zapiekanki – a przynajmniej mogła odebrać talerze i rozstawić je na stole - uważnie słuchając paplaniny Brenny. I nawet nieco szerzej się wyszczerzyła, gdy usłyszała, gdzie będzie mieć pokój. Jakoś tak czasy Hogwartu same się nasuwały – dość blisko, żeby wyciągnąć drugą z łóżka i wybrać się na szwendanie.
Choć miały teraz o wiele więcej lat i chyba ich raczej nie będzie nachodziło na podobne eskapady.
Na widok zaś zdjęcia parsknęła wesołym śmiechem. O, jakże cudowne to było!
- Nic, tylko oprawić w ramkę i powiesić – stwierdziła wesoło – Co się wtedy właściwie stało? – spytała zaciekawiona, jakaż to historia stała za miną Erika.
- Psów? Uwielbiam psy, a co? – odparła, unosząc brew, nie będąc przy tym pewna, co tak Erik wyskoczył ze czworonogami niczym filip z konopi. Z tymi czworonogami zresztą odczuwała pewną więź, głównie za sprawą węchu, który właściwie dzieliła z tymi zwierzętami. No i miała wilka jako patronusa, to też o czymś, w pewnym stopniu, świadczyło. - Aaaa, więc to tak – skinęła głową, gdy Brenna wyjaśniła, o co chodzi – No nie mam nic przeciwko, zresztą to wasz dom. Nawet jeśli też tu jestem zameldowana – uznała. No i z pewnością będzie pierwsza do rozpieszczania nowego lokatora, jakżeby inaczej.
374/1026