13.11.2022, 00:01 ✶
Czas mijał, a towarzyszy ani Thomas jakoś ni widu, ni słychu. Znaczy… Mavelle zdawała sobie sprawę z tego, że przekonanie kobiety mogło trochę potrwać, tle że w świetle nadciągających śmierciożerców najzwyczajniej w świecie mieli coś maławo tego czasu. Już pomijając, że odnosiła nieodparte wrażenie, iż minęły już całe wieki, a przynajmniej o wiele więcej niż w rzeczywistości; jak na złość nie miała ze sobą zegarka, by sprawdzić, ile w faktycznie upłynęło.
Powiew wiatru przyniósł ze sobą nową woń. Gwałtownie obróciła głowę w odpowiednim kierunku i zaczęła węszyć, zaciskając mocniej palce na różdżce. Może to oni, a może – w końcu to też musiała brać pod uwagę, skoro tej nocy kończył się rok i nadchodził następny – to tylko sąsiedzi postanowili wyjść na zewnątrz, żeby odpalić fajerwerki.
Może powinna była wysłać patronusa z wiadomością, żeby się sprężali, ale też nie chciała zaalarmować potencjalnych napastników widokiem magicznej istoty, skądinąd zbyt dobrze widocznej w mrokach nocy. Stąd też wzięła głębszy wdech i ostrożnie skierowała się w stronę zapachu, starając się pozostać niezauważoną, żeby zerknąć i sprawdzić, co dostrzeże. Oby to naprawdę byli tylko sąsiedzi.
Tymczasem Anne całkowicie się już poddała, skinęła głową, zgadzając się z Brenną i szybkim krokiem skierowała się na górę. O ile Patrick nie zaprotestował – bo mogło być i tak, że zatrzymał Longbottomównę na dole. Wytaszczyć kufer, opróżnić go zaklęciem… to wszystko trwało, tak samo jak wyciąganie najpotrzebniejszych rzeczy. I tych, które wolała ze sobą zabrać na wszelki wypadek – jeśli faktycznie miała wsparcie Brenny, to udzielała wskazówek co do „co i gdzie”.
Powiew wiatru przyniósł ze sobą nową woń. Gwałtownie obróciła głowę w odpowiednim kierunku i zaczęła węszyć, zaciskając mocniej palce na różdżce. Może to oni, a może – w końcu to też musiała brać pod uwagę, skoro tej nocy kończył się rok i nadchodził następny – to tylko sąsiedzi postanowili wyjść na zewnątrz, żeby odpalić fajerwerki.
Może powinna była wysłać patronusa z wiadomością, żeby się sprężali, ale też nie chciała zaalarmować potencjalnych napastników widokiem magicznej istoty, skądinąd zbyt dobrze widocznej w mrokach nocy. Stąd też wzięła głębszy wdech i ostrożnie skierowała się w stronę zapachu, starając się pozostać niezauważoną, żeby zerknąć i sprawdzić, co dostrzeże. Oby to naprawdę byli tylko sąsiedzi.
Tymczasem Anne całkowicie się już poddała, skinęła głową, zgadzając się z Brenną i szybkim krokiem skierowała się na górę. O ile Patrick nie zaprotestował – bo mogło być i tak, że zatrzymał Longbottomównę na dole. Wytaszczyć kufer, opróżnić go zaklęciem… to wszystko trwało, tak samo jak wyciąganie najpotrzebniejszych rzeczy. I tych, które wolała ze sobą zabrać na wszelki wypadek – jeśli faktycznie miała wsparcie Brenny, to udzielała wskazówek co do „co i gdzie”.
250/1835