Wydawał się chyba bardzo niewdzięcznym synem, co? Kiedy mijały takie chwile zawsze sobie to wyrzucał. Że jest bardzo niedobrym synem, że się nie sprawdza, że powinien bardziej doceniać to, co ma i co dostał od Edwarda, że powinien go bardziej szanować i być bardziej posłuszny. Że jeśli nawet zrobi coś, z czego ojciec byłby dumny to zostanie to zaraz po tym uduszone i zgniecione przez jakąś z jego porażek, którąś z kolei, bo nie był tak doskonały, jak powinien być. Tak strasznie się starał... Chyba problem polegał na tym, że aż za bardzo, co? BO nie istnieją ludzie idealni, a ojcowska miłość może i chciała spoglądać na wznoszącą się latorośl, ale chciała spoglądać na niego całego. Dziecko, które wymknęło się już z domu, bo dorosło i prowadziło swoje życie. Chciał być jego częścią. Tak, Laurent tak sobie to powtarzał... a potem jego mózg produkował wszystkie te pełne niepewności myśli. Spoglądał na wspaniałą Pandorę, taką podziwianą i uwielbianą, która zawsze była przesuwana na pierwsze miejsce i czuł żal. Zazdrość. Gorycz. Kochał siostrę. Kochał Pandorę i dałby jej wszystko. Ale... tak bardzo chciał być na jej miejscu. Miejscu dziewczyny, którą kocha matka, ojciec i której czysta krew wyznaczała wartość dla tej rodziny i dla świata. Nie ważne, co by sam zrobił zawsze będzie przybłędą z jakiegoś bocznego romansu i tego już nie zmieni. Nie ważne, jak bardzo się stara, nie będzie taki zdecydowany, twardy i niewzruszony jak Edward. Zawsze więc będzie coś nie tak. On będzie nie taki, jak powinien.
- Nie chcę... chcę stąd wyjść... proszę, ojcze... chcę wyjść... - Płakał rzewnie i zsunął się w dół plecami po tych drzwiach. Odsunął się od skrzata jak spanikowane zwierzę, które nie chciało, żeby ktokolwiek go dotykał, więc może to i lepiej, że Edward nie wstał. Może zrobiłoby się tutaj naprawdę bardziej nieprzyjemnie. Bo chociaż Laurent często zaczynał zachowywać się nerwowo przy ojcu, choć potrafił płakać, to czegoś takiego, takiej... sceny, jakby to niektórzy określili jeszcze nie było. Takiej histerii, takiego ryku. Takiego napadu paniki, który szarpał jego klatką piersiową i czuł się już na tyle słabo, że podparł się ręką podłogi, bo brakowało mu tlenu. Pochylił się nieco do przodu, tak jak instruowała go Victoria, żeby spróbować nad tym oddychaniem zapanować. Na tej podłodze. Pod drzwiami. Chcąc uciec, ale nie potrafiąc wygrać z tymi słowami. Bojąc się wykluczenia i ojcowskiej złości.
- Nie chcę... proszę... - To nie tak, że nie chciał mu w ogóle mówić czegokolwiek... chciał. Chciał mu opowiedzieć bardzo dużo rzeczy, chciał... chciał mu opowiedzieć wszystko. Pokazać. Podzielić się. Chciał w nim znaleźć oparcie i chciał być doceniony i zaakceptowany ze wszystkim, co miał do powiedzenia. Teraz jednak jedyne, czego chciał to znaleźć się w bezpiecznym kącie własnego domu albo u Florence, żeby w końcu móc oddychać i poczuć się bezpiecznie. Umysł mu wirował i był napchany tylko jedną potrzebą - ukrycia się. Skulił się pod tymi drzwiami, podciągnął nogi pod klatkę piersiową i zaplótł na nich ręce, chowając w nich twarz.
Płacz, bo nawet nie szloch, trwał dalej, nawet kiedy koc opadł na jego ramiona. Wtedy przynajmniej uniósł wycieńczoną twarz i okrył się nim bardziej, owijając wokół siebie. Trzęsącymi się jak galareta dłońmi sięgnął po pudełeczko do kieszeni. Wyjął czekoladkę i wsadził do buzi, choć reszta pudełka poleciała na podłogę z tąpnięciem. Nawet nie próbował ich teraz zbierać.
Czekolada w jego ustach mieszała się z solą łez.