23.10.2023, 12:35 ✶
Flynn miał ochotę krzyczeć. Nie, nie krzyczeć, miał ochotę drżeć mordę aż zedrze mu się gardło, bo co to w ogóle miało być, ze wszystkich rzeczy na świecie, jakich się spodziewał za swoją podłość, ostatnimi na liście było zwyczajne, ludzkie ciepło. Najpierw zrobił mu to Alexander, teraz bezczelnie robił mu to Cain - był tak pieruńsko miły i wyrozumiały, jakby osoba oddająca mu siebie przez tak długi czas nie okazała się być zwykłym pajacem, który tak po prostu, bez żadnych wyjaśnień, porzucił go jak kogoś bez żadnej wartości. Przystojny Bletchley o (w opinii Flynna przynajmniej) dobrym sercu i takiej mądrości w oczach i działaniach, zaliczał się do grona osób, jakim to w innych warunkach Edge jadłby z ręki, błagając o choćby odrobinę uwagi. Nie potrafił funkcjonować nie posiadając cudzych oczu, które się w niego wpatrywały i nadawały mu kierunek. Niestety, jeżeli chłopak kiedykolwiek chciał mieć go w taki sposób, to miał naprawdę olbrzymiego pecha, bo za pierwszym razem poznał go, kiedy ten był psem Fontaine, a za drugim - kiedy stał się psem Layli, a ta trzymała go na smyczy bardzo krótko.
Nigdy jeszcze nie wypalił papierosa tak szybko jak dzisiaj. Upuścił go na ziemię, na którą przy okazji splunął obleśnie. Przydeptał kiepa ciężkim butem, prawdopodobnie zbyt lekko aby być pewnym, że z jego winy nie spłonie ten dziwaczny las niby to martwych, a jednak nie próchniejących drzew.
- Przestań do cholery - wrzasnął, łapiąc Caina za fraki, żeby go przesunąć w stronę jednego z pni i do niego w takiej pozycji przygwoździć. Był od niego niższy, więc musiało to wyglądać trochę absurdalnie, bo teraz lekko zadzierał głowę do góry żeby patrzeć mu w oczy, ale w tym działaniu i tak nie wybrzmiewała żadna groźba, pewnie nikt kto nie miał okazji go poznać, nie uwierzyłby po takiej scenie, że Flynn był aż tak wielkim bandytą, bo trzęsły mu się ręce. - Czy ciebie już doszczętnie pojebało, przyszedłeś tutaj powiedzieć mi, że mi wybaczasz? Wolałbym już chyba żebyś dał mi w mordę. - To i tak zdawało się być pasją każdego wokół - musiał mieć wyjątkowo twardy czerep, skoro jeszcze żył. Albo po prostu Alexander miał rację i Flynn był jak karaluch.
Zacisnął mocniej palce na materiale jego koszulki, jednocześnie cały czas wyglądając, jakby chciał stąd zaraz uciec w pizdu.
- Dlaczego tutaj przyszedłeś, Cain?
I nagle rozluźnił ten uścisk. Wiedział przecież, że on z niego czytał jak z otwartej książki. Wystarczyło mu jedno spojrzenie żeby znać prawdę - o tym, jak jednocześnie silnym i słabym był człowiekiem, nigdy kimś po środku. Popadał zawsze ze skrajności w skrajność, jakby unikał normalności z całych swoich szaleńczych sił.
- Jesteś samotny? Potrzebujesz pomocy? Co się stało? - Te dłonie, które go jeszcze przed chwilą szarpały za materiał, leżały teraz płasko na jego klatce piersiowej. - Zależy mi na tych ludziach, więc jeżeli to coś więcej niż chęć zobaczenia, czy rozjebałem sobie głupi ryj czy jeszcze nie, to mi to powiedz, oni sobie nie zasłużyli na ściąganie na nich kłopotów.
Nikt ze starego życia nie przychodził do niego tak po prostu, bez powodu, albo przez resztki sympatii. Ludzie pamiętali o nim zwykle dlatego, że był użyteczny albo dokładny, a oni potrzebowali kogoś takiego, ewentualnie był im wciąż coś winien, czy to pieniądze czy usługi, a oni byli pewni, że Crow swoje długi spłaca. Nawet ta cholernica Crouch po niego wróciła... Aż zmarszczył nos kiedy sobie przypomniał, że zaraz będzie musiał szukać jej bachora.
Edge pewnie by się załamał, gdyby wiedział, że przez myśl Bletchleya w ogóle przeszedł obraz, w którym został tutaj zabity - te noże wiszące przy pasku, łańcuch doczepiony do niego niby to dla ozdoby, w rzeczywistości jako kolejne potencjalne narzędzie mordu, żyłka obwiązana wokół niejednej szyi - tworzył skomplikowane taktyki i mechanizmy mogące pobawić życia każdego, kto by z nim zadarł, ale nigdy nie skrzywdziłby kogoś, kto okazał mu tyle miłości. Nawet ta przeklęta Fontaine żyła nadal i knuła swoje intrygi, bo by się pewnie zawahał w ostatnim momencie i wcale nie chciał próbować.
Nigdy jeszcze nie wypalił papierosa tak szybko jak dzisiaj. Upuścił go na ziemię, na którą przy okazji splunął obleśnie. Przydeptał kiepa ciężkim butem, prawdopodobnie zbyt lekko aby być pewnym, że z jego winy nie spłonie ten dziwaczny las niby to martwych, a jednak nie próchniejących drzew.
- Przestań do cholery - wrzasnął, łapiąc Caina za fraki, żeby go przesunąć w stronę jednego z pni i do niego w takiej pozycji przygwoździć. Był od niego niższy, więc musiało to wyglądać trochę absurdalnie, bo teraz lekko zadzierał głowę do góry żeby patrzeć mu w oczy, ale w tym działaniu i tak nie wybrzmiewała żadna groźba, pewnie nikt kto nie miał okazji go poznać, nie uwierzyłby po takiej scenie, że Flynn był aż tak wielkim bandytą, bo trzęsły mu się ręce. - Czy ciebie już doszczętnie pojebało, przyszedłeś tutaj powiedzieć mi, że mi wybaczasz? Wolałbym już chyba żebyś dał mi w mordę. - To i tak zdawało się być pasją każdego wokół - musiał mieć wyjątkowo twardy czerep, skoro jeszcze żył. Albo po prostu Alexander miał rację i Flynn był jak karaluch.
Zacisnął mocniej palce na materiale jego koszulki, jednocześnie cały czas wyglądając, jakby chciał stąd zaraz uciec w pizdu.
- Dlaczego tutaj przyszedłeś, Cain?
I nagle rozluźnił ten uścisk. Wiedział przecież, że on z niego czytał jak z otwartej książki. Wystarczyło mu jedno spojrzenie żeby znać prawdę - o tym, jak jednocześnie silnym i słabym był człowiekiem, nigdy kimś po środku. Popadał zawsze ze skrajności w skrajność, jakby unikał normalności z całych swoich szaleńczych sił.
- Jesteś samotny? Potrzebujesz pomocy? Co się stało? - Te dłonie, które go jeszcze przed chwilą szarpały za materiał, leżały teraz płasko na jego klatce piersiowej. - Zależy mi na tych ludziach, więc jeżeli to coś więcej niż chęć zobaczenia, czy rozjebałem sobie głupi ryj czy jeszcze nie, to mi to powiedz, oni sobie nie zasłużyli na ściąganie na nich kłopotów.
Nikt ze starego życia nie przychodził do niego tak po prostu, bez powodu, albo przez resztki sympatii. Ludzie pamiętali o nim zwykle dlatego, że był użyteczny albo dokładny, a oni potrzebowali kogoś takiego, ewentualnie był im wciąż coś winien, czy to pieniądze czy usługi, a oni byli pewni, że Crow swoje długi spłaca. Nawet ta cholernica Crouch po niego wróciła... Aż zmarszczył nos kiedy sobie przypomniał, że zaraz będzie musiał szukać jej bachora.
Edge pewnie by się załamał, gdyby wiedział, że przez myśl Bletchleya w ogóle przeszedł obraz, w którym został tutaj zabity - te noże wiszące przy pasku, łańcuch doczepiony do niego niby to dla ozdoby, w rzeczywistości jako kolejne potencjalne narzędzie mordu, żyłka obwiązana wokół niejednej szyi - tworzył skomplikowane taktyki i mechanizmy mogące pobawić życia każdego, kto by z nim zadarł, ale nigdy nie skrzywdziłby kogoś, kto okazał mu tyle miłości. Nawet ta przeklęta Fontaine żyła nadal i knuła swoje intrygi, bo by się pewnie zawahał w ostatnim momencie i wcale nie chciał próbować.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.