Gdyby wpadł tutaj Alex ze strzelbą to Laurent przewartościowałby na drugi raz przynajmniej dwa razy spotkanie z Elaine. Owszem, rodziny się nie wybiera - za to druga osoba może wybierać, czy chce żyć, albo zostać nafaszerowaną ołowiem. Była w sumie też duże prawdopodobieństwo, że ten by tu wpadł ze strzelbą i zaczął blondynowi grozić, że do niego strzeli, a Laurent by zaproponował herbatkę, bo nie rozumiałby o jakim strzelaniu mowa i co to za dziwna, gruba różdżka i czemu z metalu. W każdym razie nie zerwałby kontaktu z Bell, ale na pewno potrzebowałby całkiem sporo czasu, żeby się ogarnąć po takim spotkaniu z nadopiekuńczym mężczyzną. Skądś to znał. Z autopsji. Nie potrafił normalnie rozmawiać ze swoim ojcem, nawet jak próbował to często kończyło się to na kłótniach. Nadopiekuńczość była jednym z mankamentów. Choć jednocześnie kochał to, że ojciec tak o niego dbał. Alexander chyba był takim zastępstwem ojca dla Elaine.
Miłość, wspólne życie i ucieczka - piękna zawartość książek romantycznych, kiedy stykają się osoby z dwóch różnych rzeczywistości. Laurent był romantykiem i wyobrażał sobie takie scenerie nie raz i nie dwa. Że z kimś ucieka, rzuca całe doczesne życie, tylko po to, żeby być z tą osobą. Tak samo jak marzył o tej wielkiej miłości i wielkim zakochaniu, które by do tego doprowadziły. Stety czy niestety ludzi weryfikowało życie. Przychodziło mu to stwierdzenie z goryczą, ale nie było też nad czym za bardzo płakać. Taki los. Próby wygięcia, wypaczenia otaczającej cię rzeczywistości były rzucaniem wyzwania doczesności i ludziom cię otaczającym. Za wiele trzeba było zniszczyć tylko dla spełnienia jakiejś tam swojej fantazji. Co by zrobił z Elaine, czy mówilibyśmy o tej miłości, o byciu kanarkiem na złotym sznurku, o... kto wie. Ona nie zamierzała zamykać go w klatce i prosić, by z nią odszedł. On nie zamierzał tego również robić. Nie było tutaj miejsca na rzeczy brzydkie. Była zbyt słodka dla niego, zbyt urocza, zbyt kochana, zbyt dobra. Przynajmniej na razie. Spadła mu naprawdę jak ten anioł w nieba w jednej z najbardziej ponurych godzin jego życia, kiedy to życie uciekało i było takie kruche, takie łatwe do zniszczenia.
- Nie musisz być poetką. Widzę, jak się uśmiechasz, jak na mnie patrzysz. To najpiękniejsza z poezji. - Czy piękne słowa były potrzebne? Były miłe. Na pewno. W końcu i jemu było niezwykle przyjemnie, kiedy szeptano mu do uszu słodkości, dzięki którym czuł się piękny, mądry, wyjątkowy. Natomiast słodkie słówka łatwo prawić. Czuć to, o czym się mówi to już co innego. A ona... może była świetną aktorką, ale wydawała się dokładnie robić to, o czym mówiła - może nie potrafiła tego ująć w słowa, ale czuła. I te uczucia pokazywała gestem.
- Smacznego. - Z wielką przyjemnością zjadł zupę, którą mu podała. - Naprawdę masz talent do gotowania, nie tylko do występów. Ale... - Dobrze, słodzenie słodzeniem, ALE. - Mam nadzieję, że te występy z... nożami... - nieco się zawahał przy mówieniu słowa "nóż" - nie zdarza się wam, mam nadzieję, zbyt wiele wypadków?