Oddech grzązł w gardle, nie pozwalając haustom powietrza umościć się na dnie płuc; nigdy nie była najlepsza w zachowywaniu zimnej krwi, w szczególności w sytuacjach tak krytycznych. Łapała więc powietrze prędko, jakby obawiała się, że zabraknie dla niej tlenu. W głowie poczęło się kręcić, ona miała oczy wypełnione doliną łez, a mimika zdradzała absolutnie wszystko – była w nieposkromionych nerwach, których nie umiała nawet przywdziać w lekkie, proste słowa. Przerażające myśli przemierzały jej umysł bezlitośnie, aby ulokować się w największym czarnowidztwie, jakie znała ta planeta – odgarnęła loki za ramię, drobne dłonie zaciskając w pięści – jakże by chciała teraz nie myśleć!; odsunąć się od tych piekielnych mar, które rozgościły się w jej umyśle nieproszone, niechciane.
Alastor tam był; był, gdy z gardeł wyrwało się znaczące „to on”, gdy zostały odgrodzone od reszty bliskich, gdy zostały zamknięte w kowenie jak księżniczki na szczycie wieży, czekające na nadejście nieposkromionego. Były jednak ofiarami własnej beznadziei, chuderlawych rąk i lichych umiejętności magicznych. Prawdopodobnie, gdyby tam zostały, coś by im się stało. Jednak czy nie byłoby to lepsze od utraty ukochanych bliskich?; kolejny gwałtowny wdech wdarł się do klatki płuc.
– Jak mam wierzyć w cokolwiek, Sarko, gdy oni wszyscy tam są… – rzekła staccato, urywanym głosem, przeplatanym ciężkimi szlochami, których coraz bardziej nie mogła powstrzymać.
Ryzykowali w końcu wszystko, co mieli, a sama myśl o utracie sprawiała, że po plecach przebiegał ją na palcach zimny dreszcz. Wzbierało w niej wiele emocji – w bezkresnym smutku zaczynając, na czystej złości kończąc; a jako iż nie potrafiła właściwie artykułować zdenerwowania, płakała jedynie gorzko, wycierając co chwilę chusteczką policzki śliskie od płynących łez, których ścieżką się zaznaczyły.
Była gotowa przyjąć każdą spośród kar – teraz nie liczyła się ona, płacząca tak żałośnie z niemocy, a ci, którzy zostali w rozjątrzonej ranie, którą rozpostarła szczelina ziemi. Wzięła urywany oddech, patrząc na Sarę wielkimi oczyma.
– Niedobrze mi – rzekła spanikowanym głosem. – Nie ma czasu! Nie mamy wcale czasu – wydukała wyrywając popiersie z dłoni kuzynki.
Zaskoczył ją jej ciężar; z pewnością dało się nim wybić szybę w oknie. Ich plan mienił się w umyśle Effie jako niechybiony i błyskotliwy, nawet nabrała drobnych kropel nadziei – wymieszana ze stresem oszroniła jej kark. Podniosła popiersie odrobinę wyżej, aby zamachnąwszy się, uderzyć w chyboczącą się w ramach szybę.
Sukces!