Cofnął się lekko po tym dleikatnym pocałunku w policzki, kręcąc głową. Nie, niczego nie potrzebował. Niczego prócz uspokojenia się. Szczególnie od tego morderstwa wszystko zaczęło nim trzepać i telepać. Teraz już naprawdę chyba wszystko go przerastało. Choć może to nie miało związku. Może to po prostu jego zbyt empatyczna natura i taki żal, że nie wszystkim dało się pomóc ani nie wszystkich dało się uratować. Naprawdę nie było za co przepraszać? Może nie. W końcu każdy się zgodził i każdy też dobrze wiedział, na co się pisze. Mimo to pokiwał w kierunku Mavelle głową, nie bardzo potrafiąc zdobyć się na jakieś bogatsze słowa. Wyjątkowo - brakowało mu ich. Mądrych, pięknych słów, jakie można by było powiedzieć, żeby kogoś pocieszyć, żeby komuś ulżyć. Kiedy najbardziej były potrzebne - on ich nie miał.
- Nie... dziękuję, poradzę sobie... - Odetchnął głęboko i sięgnął po chustkę, żeby otrzeć te łzy. To, czego teraz potrzebował to zaszyć się w Keswick i udawać, że nie istnieje. I że poza jego łóżkiem też nie istnieje boży świat. Tylko on, miękka pościel i jej zapach kojarzony z domem - tym gościnnym jak i zupełnie niegościnnym zarazem. - Idź... możesz iść za Mavelle. - Zachęcił ją, bo przecież to nawet nie wypadało, żeby ona zostawał tu i teraz z nim. Co mu niby było? Nic. Po prostu był zupełnie przewrażliwionym człowiekiem, który zachowywał się zupełnie nie tak, jak przystawało mężczyźnie. Przynajmniej w jego mniemaniu. - Mam nadzieję, że... chociaż trochę to pomoże. - Albo pomogło. Nie wiedział. A może będzie tylko gorzej myśleć, że już go nie będzie? Ponoć ludzie potrafili poczuć ulgę, kiedy mieli okazję i możliwość powiedzenia tych ostatnich słów. Brenna jak zawsze wyglądała tak, jakby nic się nie stało. Albo stało - ale jej bliskim, a nie jej samej. Tylko chyba niczego mądrego nie mógł z tym zrobić. Miał jedynie nadzieję, że to nie było dociążenie tej wspaniałej kobiety, dla której chciał jak najlepiej. Że dogoni swoją krewniaczkę i że razem dadzą sobie wsparcie, bo nie wyobrażał sobie, że któraś z nich tego teraz nie potrzebowała. Czy to był wybór - spędzać czas samotnie? Raczej klątwa. Nikt nie powinien być sam w tych najcięższych chwilach.
Pożegnał się z Brenną i... chciał to wszystko olać, iść po prostu do Keswick, ale tego nie zrobił. Posprzątał tutaj najpierw, aż za dobrze wiedząc, że inaczej rano, kiedy tutaj wróci, to będzie mu tylko gorzej. Poprosił skrzata o pomoc, by ustawił to, co zostało ze świeczek tam, gdzie trzymał takie rzeczy, a sam, gdy już wszystko było poukładane wrócił do rodzinnej posiadłości Prewettów i wziął długą, bardzo długą kąpiel, emocjonalnie wyczerpany tym dniem. I echem tego ciepła i poczucia pustki po człowieku, którego nie znał. Duchu, który odszedł.