Wzruszył sztywno ramionami, jakby uznanie jego pomysłu za stereotypowy zapaliło w jego głowie czerwoną lampkę, rozkazującą mu sprawdzenie, czy aby na pewno w dalszym ciągu logicznie myśli i wyciąga odpowiednie wnioski.
— Co poniektórzy sceptycy mojej skromnej osoby byliby pewnie nad wyraz uradowani. Chociaż ten jeden raz wpisałbym się w jakiś schemat umożliwiający im zaszufladkowanie mnie — mruknął, jakby krytyka dotycząca wilczej części jego osoby przez ludzi spoza bliskiego kręgu znajomych w ogóle go nie dotykała. Po chwili wbił w Brennę zdezorientowane spojrzenie, gdy ta wspomniała o słynnym zawodniku: — Spotkałaś go i dopiero teraz mi o tym mówisz?
Wprawdzie jej uciekł, ale mimo wszystko, mogła wspomnieć o tym wcześniej, pomyślał, w duchu zastanawiając się, czy swoim zachowaniem za młodu też przyprawiał podobiznę zawodnika do białej gorączki. Może i był względnie poukładanym dzieckiem, ale przecież dzieciaki miały różne pomysły, a zabawki lub w tym przypadku karty mogły wynieść z takich gier i zabaw naprawdę traumatyczne wspomnienia.
— Zbadam-y sprawę — potwierdził, na wszelki wypadek uwzględniając w swoich planach także Brennę. Nawet gdyby uparł się, aby sam to załatwić, był pewny, że dziewczyna i tak podążyłaby za nim, uznając, że ktoś musi mu towarzyszyć na wypadek, gdyby źle zrozumiał zalecenia klątwo-łamacza. — Teraz mamy na głowie ten piekielny bal i licytację. Mam nadzieję, że zarówno ja, jak i dom wytrzymamy bez oficjalnej diagnozy jeszcze te dwa-trzy-cztery tygodnie.
Nie miał pojęcia, gdzie miałby wepchnąć w kalendarz wizytę u specjalisty, który upewniłby się, że faktycznie nie rzucono na niego żadnego paskudnego uroku. Praca za dnia, uganianie się za kolejnymi fantami do aukcji po południu, przygotowywanie spersonalizowanych zaproszeń, uzgadnianie szczegółów względem wystroju... Może i mieli parę w łapach, ale przez to, że pewnych rzeczy nie dało się przyspieszyć na ich życzenie, inne kwestie się opóźniały. A to sprawiało, że nawet Erik odczuwał lekki stres związany z tym, czy się wyrobią ze wszystkim na czas.
Wykrzywił usta w lekkim uśmiechu, słuchając siostrzanej paplaniny. Cóż, jeśli do tej pory nie uważał, że dom był wystarczająco zaludniony i głośny, to teraz na pewno dostał pokaz, jak to może wyglądać, gdy faktycznie się rozkręcą. Brakowało jeszcze tylko dalszego kuzynostwa, a ich żywe dyskusje byłoby słychać w centrum wioski.
Nachmurzył czoło, obserwując, jak Brenna przemieszcza się po kuchni, tylko po to, aby zacząć grzebać przy jednej z szafek. Co też takiego wymyśliła? Miała już przygotowane pozwolenia na naniesienie poprawek do magicznego systemu zabezpieczeń rezydencji? Chciała się pochwalić, jak to udało jej się wszystko załatwić za jego plecami, a on nie może nic z tym zrobić? Na twarz Erika wstąpił kwaśny uśmiech, gdy uświadomił sobie, że opcja ta była całkiem prawdopodobna. Mimo to zdębiał, gdy zobaczył, co takiego chciała im pokazać.
— Na Merlina, nie wierzę, że to zrobiłaś — wyjąkał, przyglądając się własnej podobiźnie. — Z wiekiem robisz się coraz gorsza i gorsza w pewnych aspektach, wiesz? Chociaż nie. Gorsza to złe słowo. Bardziej... intensywna. Tak, to pasuje o wiele lepiej.
Teraz gdy wiedział, jakie asa w rękawie ma jego siostra, musiał się mieć na baczności. Wystarczy, że zaprosi do domu gości, powie parę słów za dużo i nagle wszyscy zobaczą to niewątpliwe dzieło sztuki. Mężczyzna zmrużył oczy, chcąc się lepiej przyjrzeć szczegółom tego nowego znaku ostrzegawczego. Przynajmniej złapała dobry kąt, pomyślał, bo wbrew pozorom musiał przyznać, że fotografia dosyć dobrze oddawała jego nieporadność w kuchennym środowisku.
— To był jeden z pierwszych wypadków — wyjaśnił pokrótce Mave, starając się brzmieć tak bardzo neutralnie, jak tylko potrafił. Przy takiej traumie lepiej było nie wyciągać swoich emocji na wierzch. — Jeśli dobrze pamiętam, próbowałem ugotować makaron, odwróciłem się na moment, bo sowa akurat przyleciała z listem i cóż... Potem nastąpił chaos, chaos, krótka przerwa, chaos i na koniec Brenna wpadła zobaczyć, co takiego się dzieje, że pół skrzydła posiadłości jest zadymione. A to było po prostu takie nic...
Uśmiechnął się nietęgo, na swój sposób odwzorowując minę samego siebie z przeszłości, którą można było dostrzec na zdjęciu. Pokręcił głową, rozglądając się przy okazji czujnie dookoła, jak gdyby spodziewał się, że zaraz szklanki zaczną wyskakiwać ze zlewu, a sztućce postanowią zwiać przez okno. Na informację, że kuzynka nie ma problemów z psami, pokiwał z zadowoleniem głową.
— Zawsze lepiej zapytać — mruknął. Może i byli dorosłymi ludźmi, ale mimo wszystko dzielili przestrzeń mieszkalną z wieloma osobami, a przed podjęciem tak brzemiennej w skutkach decyzji, lepiej się było zapoznać z opiniami domowników na ten temat. — Poza tym, jeśli psiak się wda w resztę tej rodziny, to myślę, że będzie bardzo, ale to bardzo kontaktowym stworzeniem.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞