24.10.2023, 00:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2023, 00:05 przez Eden Lestrange.)
Uśmiechnęła się z satysfakcją wymalowaną na ustach; pułapka na Lorettę była niezbyt subtelna, ale skuteczna. Pochwyciła wreszcie jej wzrok, szybciej niż później na szczęście, bo już ją gałki oczne zaczynały boleć od tego ciągłego wodzenia spojrzeniem tam i z powrotem. Eden poprawiła się na kanapie, usiadła nieco wygodniej, porządniej można by rzec, gotując się na rozmowę ze szwagierką. Nawet zaczęła dobierać słowa skrupulatnie, bo choć myślała dokładnie to, co do Dolohov - mianowicie, że prezentowała się jak kurwisko - to bardzo nie chciała, by się jej to wymsknęło na głos. Może i nie podzielała wyborów modowych Loretty, niemniej dziewczynę chcąc nie chcąc lubiła. W przeciwieństwie do jej braci bezkręgowców miała jakąś osobowość, a jeśli podnosiła ciśnienie, to nie na tyle, żeby od razu zalała cię krew.
Niestety gwiazda wieczoru odbiła się od jakiegoś gościa, co bardzo nie spodobało się Eden. Nagle na twarzy blondynki wymalował się niesmak, jakby ofiara wysmyknęła jej się w ostatnim momencie z sieci i teraz posępna pajęczyca musiała trudzić się raz jeszcze, by ją zwabić ponownie. Przeniosła wzrok na winowajcę, wyglądając przy tym, jakby chciała gościa zabić tuż po zidentyfikowaniu go.
Litości.
Nie interesowała się za bardzo, jakie piekło Axela ostatnimi czasy pochłonęło, ale uważała to za przekomiczne, że wypluło go akurat tutaj. Wypuściła powietrze nosem, dając upust irytacji, po czym wywinęła oczyma zamaszyście, szukając oparcia psychicznego w otaczającym ją towarzystwie. Ukoić jej myśli samobójcze w tym momencie mógł chyba tylko Vakel, ale nie zamierzała mu streszczać całej historii znajomości, jaką dzieliła z Mulciberem, a bez niej nie zrozumiałby, skąd u Eden to niemiłosierne zażenowanie i refluks. Gościa naprawdę lubiła, żeby nie było, że życzyła mu źle, ale brzydziła się wręcz tym, jak od wiek wieków ślinił się do Loretty. Gdyby nie fakt, że dziewczynie się to zupełnie podobało, bo miała parcie na szkło i uwagę jak nikt inny, to zaczęłaby jej współczuć. Trafiła kosa na kamień, ale Axel mógłby już sobie darować to sępienie miłości, bo wyglądało to żałośnie i lata temu przestało być śmieszne.
Odwróciła głowę w kierunku Laurenta, bo na tamtą dwójkę zwyczajnie nie chciała już nawet patrzeć. Uniosła brwi, ni to w zdziwieniu, ni w zwątpieniu, słysząc, jaki z niego amant. Wybrnął jednak z pytania sprawnie, więc nie miała zamiaru drążyć, przyznała mu jedynie rację:
- W sumie - prychnęła, zerkając mimochodem na arenę. - Ciężko to nazwać show. - Postronny obserwator mógłby jej wytknąć, że co ty się Lestrange w ogóle wypowiadasz, jak pewnie sama się bić nie umiesz, a tego pojedynku nawet nie oglądasz, więc co ty w ogóle wiesz. I miałby rację, ale Eden nie z powodu mordobicia tu przyszła, ani nawet nie dla obrony honoru Loretty, bo nie była błędnym rycerzem przecież. Ją ciągnęło tam, gdzie rodził się konflikt. Jak pszczołę do miodu.
Słysząc, że zaręczyny Victorii już nieaktualne, szczerze się zdziwiła. Przechyliła głowę, wyglądając na wziętą z zaskoczenia, nawet przyjrzała się dziewczynie raz jeszcze, żeby się upewnić, że nie żartuje. Miała wrażenie, że po Beltane wszystkie związki przeżywały kryzys, jakby wszyscy w tej rodzinie byli przeklęci. Może powinna się ewakuować jak Rookwood? Może czas zeskoczyć z tego tonącego okrętu tak szybko, żeby ludzie zaczęli się zastanawiać, czy w ogóle na nim była?
- Powiedziałabym, że mi przykro, ale nie chciałabym cię okłamać - odparła na wyznanie Victorii, wpierw brzmiąc dosyć szorstko. - Takiego kwiatu to pół światu, moja droga. A najlepiej to nie wychodź za nikogo, wyjdzie ci to na dobre. Zaufaj mi. - Eden zabrzmiała jak ciotka, co mówiła ze swojego wieloletniego doświadczenia. Spojrzała w trakcie na Vakela, posyłając mu spojrzenie szukające zgody w tym temacie, przyznania racji. Wszyscy przyszli tutaj bez swojej połowicy z jakiegoś powodu i nie wyglądali na poszkodowanych. Musiał przecież stać za tym jakiś powód.
Niestety gwiazda wieczoru odbiła się od jakiegoś gościa, co bardzo nie spodobało się Eden. Nagle na twarzy blondynki wymalował się niesmak, jakby ofiara wysmyknęła jej się w ostatnim momencie z sieci i teraz posępna pajęczyca musiała trudzić się raz jeszcze, by ją zwabić ponownie. Przeniosła wzrok na winowajcę, wyglądając przy tym, jakby chciała gościa zabić tuż po zidentyfikowaniu go.
Litości.
Nie interesowała się za bardzo, jakie piekło Axela ostatnimi czasy pochłonęło, ale uważała to za przekomiczne, że wypluło go akurat tutaj. Wypuściła powietrze nosem, dając upust irytacji, po czym wywinęła oczyma zamaszyście, szukając oparcia psychicznego w otaczającym ją towarzystwie. Ukoić jej myśli samobójcze w tym momencie mógł chyba tylko Vakel, ale nie zamierzała mu streszczać całej historii znajomości, jaką dzieliła z Mulciberem, a bez niej nie zrozumiałby, skąd u Eden to niemiłosierne zażenowanie i refluks. Gościa naprawdę lubiła, żeby nie było, że życzyła mu źle, ale brzydziła się wręcz tym, jak od wiek wieków ślinił się do Loretty. Gdyby nie fakt, że dziewczynie się to zupełnie podobało, bo miała parcie na szkło i uwagę jak nikt inny, to zaczęłaby jej współczuć. Trafiła kosa na kamień, ale Axel mógłby już sobie darować to sępienie miłości, bo wyglądało to żałośnie i lata temu przestało być śmieszne.
Odwróciła głowę w kierunku Laurenta, bo na tamtą dwójkę zwyczajnie nie chciała już nawet patrzeć. Uniosła brwi, ni to w zdziwieniu, ni w zwątpieniu, słysząc, jaki z niego amant. Wybrnął jednak z pytania sprawnie, więc nie miała zamiaru drążyć, przyznała mu jedynie rację:
- W sumie - prychnęła, zerkając mimochodem na arenę. - Ciężko to nazwać show. - Postronny obserwator mógłby jej wytknąć, że co ty się Lestrange w ogóle wypowiadasz, jak pewnie sama się bić nie umiesz, a tego pojedynku nawet nie oglądasz, więc co ty w ogóle wiesz. I miałby rację, ale Eden nie z powodu mordobicia tu przyszła, ani nawet nie dla obrony honoru Loretty, bo nie była błędnym rycerzem przecież. Ją ciągnęło tam, gdzie rodził się konflikt. Jak pszczołę do miodu.
Słysząc, że zaręczyny Victorii już nieaktualne, szczerze się zdziwiła. Przechyliła głowę, wyglądając na wziętą z zaskoczenia, nawet przyjrzała się dziewczynie raz jeszcze, żeby się upewnić, że nie żartuje. Miała wrażenie, że po Beltane wszystkie związki przeżywały kryzys, jakby wszyscy w tej rodzinie byli przeklęci. Może powinna się ewakuować jak Rookwood? Może czas zeskoczyć z tego tonącego okrętu tak szybko, żeby ludzie zaczęli się zastanawiać, czy w ogóle na nim była?
- Powiedziałabym, że mi przykro, ale nie chciałabym cię okłamać - odparła na wyznanie Victorii, wpierw brzmiąc dosyć szorstko. - Takiego kwiatu to pół światu, moja droga. A najlepiej to nie wychodź za nikogo, wyjdzie ci to na dobre. Zaufaj mi. - Eden zabrzmiała jak ciotka, co mówiła ze swojego wieloletniego doświadczenia. Spojrzała w trakcie na Vakela, posyłając mu spojrzenie szukające zgody w tym temacie, przyznania racji. Wszyscy przyszli tutaj bez swojej połowicy z jakiegoś powodu i nie wyglądali na poszkodowanych. Musiał przecież stać za tym jakiś powód.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~