24.10.2023, 10:10 ✶
- W to też uwierzę na słowo - skwitowała Brenna, uśmiechając się tylko półgębkiem. Maeve miała ogromnego pecha albo wielkie szczęście, bo faktycznie jeśli Brenna kiedykolwiek kimkolwiek się interesowała, to raczej mężczyznami. W dodatku miała tendencje do brania pewnych uwag jako żartów, nawet jeśli żartami nie były - choć może dlatego, że "na poważnie" usłyszała je ze trzy razy w życiu. Nawet gdyby Maeve była mężczyzną, odpowiedź brzmiałaby zapewne tak samo, choćby stał przed nią najprzystojniejszy człowiek pod słońcem.
- To brzmi prawie jak cyrograf. Nie jestem pewna, czy Brian jest wart zaprzedawania duszy. Na Nokturnie łatwo ją stracić - powiedziała Brenna. Och, bywała głupia, czasem pozowała na jeszcze głupszą niż była w istocie, ale ostatecznie nie aż tak, by przyrzekać dowolną przysługę komuś z Nokturna. Nie, kiedy istniała szansa, że Brian wyszedł stąd już dawno, mogła znaleźć go inaczej, a może i ostatecznie wskazówki Maeve do niczego się nie przydadzą. - Na czym miałoby polegać to bycie dłużną? Bo kilkanaście sykli mogę wydać, ale ostatecznie lepiej nie poświęcać się nadmiernie dla idioty, jego matka będzie musiała zrozumieć, że go nie odzyska - spytała, przekrzywiając lekko głowę.
Jakby wcale nie szukała tego idioty pół nocy i nie zamierzała szukać go dalej, niezależnie od tego, czy Changówna poda jej informacje, czy nie. Ot nie chciała sprawiać wrażenia, jakby zależało jej za bardzo. Zwłaszcza, że jeszcze nie wyczerpała opcji.
- Czyżby ci się nie podobało? - roześmiała się. Wprawdzie niepełne, ale wciąż "jej". Bre, Bren, Brenn, nawet Be, chociaż reagowała też na "ej ty" i "siostro Erika". - Rodzeństwo lubi nazywać mnie przeciągaczem kłopotów, ciotka chodzącym problemem, a druga ciotka zakałą rodziny, jeśli coś z tego brzmi lepiej. "Ble" zresztą też będzie w porządku. - I znowu... cóż. Sama prawda. Po prostu prawda niewiele dająca i mogąca brzmieć jak kłamstwo. - A twojego imienia tak naprawdę nie potrzebowałam. Pamiętam cię. Slytherin, rocznik pięćdziesiąt osiem.
Kiedy Changówna się przedstawiła, było już jasne, że Brenna nie myliła się za pierwszym razem. Jedyne, co ją początkowo zmyliło, to oczy. Ale mogła źle to zapamiętać, Maeve użyła magii, nosiła soczewki albo była metamorfomagiem - jedno z czterech, każda możliwość równie prawdopodobna jak pozostałe. Wprawdzie Brenna kojarzyła właściwie każdego tak do dwóch lat niżej i do dwóch lat wyżej z Hogwartu (zwłaszcza z Gryffindoru i, paradoksalnie, Slytherinu, bo zadawała się z masą Ślizgonów, także starszych i młodszych), ale jednak nie wykuła sobie każdego szczegółu cudzych twarzy w pamięci. (Nawet jeśli, co było zabawne, czasem tak samo jak Maeve, kopiowała ich fragmenty - tyle że nie próbując odwzorować ich wiernie, a stworzyć coś zupełnie nowego.) A z tego rocznika kontakt miała przede wszystkim z Aveliną. Chociaż to, jak kobiecie mignęły oczy, gdy słuchała o Brianie, mogło dodawać powiedzmy parę procent do tej ostatniej opcji. I tak, wzbudzało odrobinę niepokoju.
Tyle że Brenna nie zamierzała przyznawać, że to zauważyła ani że te znikające na palcach ranki przyciągnęły mocniej jej uwagę. Bo ostatecznie wiedziała, gdzie się znajduje. I nie chciała sprawiać wrażenia zbyt zainteresowanej tym miejscem, interesami, Changami czy tą konkretną Changówną.
Podobno Brygadzistą jest się zawsze, przynajmniej tak powtarzał ojciec. Żywy (bo nie mądry nawet) Brygadzista wie jednak, w jakich sytuacjach reagować, a w jakich nie.
- To brzmi prawie jak cyrograf. Nie jestem pewna, czy Brian jest wart zaprzedawania duszy. Na Nokturnie łatwo ją stracić - powiedziała Brenna. Och, bywała głupia, czasem pozowała na jeszcze głupszą niż była w istocie, ale ostatecznie nie aż tak, by przyrzekać dowolną przysługę komuś z Nokturna. Nie, kiedy istniała szansa, że Brian wyszedł stąd już dawno, mogła znaleźć go inaczej, a może i ostatecznie wskazówki Maeve do niczego się nie przydadzą. - Na czym miałoby polegać to bycie dłużną? Bo kilkanaście sykli mogę wydać, ale ostatecznie lepiej nie poświęcać się nadmiernie dla idioty, jego matka będzie musiała zrozumieć, że go nie odzyska - spytała, przekrzywiając lekko głowę.
Jakby wcale nie szukała tego idioty pół nocy i nie zamierzała szukać go dalej, niezależnie od tego, czy Changówna poda jej informacje, czy nie. Ot nie chciała sprawiać wrażenia, jakby zależało jej za bardzo. Zwłaszcza, że jeszcze nie wyczerpała opcji.
- Czyżby ci się nie podobało? - roześmiała się. Wprawdzie niepełne, ale wciąż "jej". Bre, Bren, Brenn, nawet Be, chociaż reagowała też na "ej ty" i "siostro Erika". - Rodzeństwo lubi nazywać mnie przeciągaczem kłopotów, ciotka chodzącym problemem, a druga ciotka zakałą rodziny, jeśli coś z tego brzmi lepiej. "Ble" zresztą też będzie w porządku. - I znowu... cóż. Sama prawda. Po prostu prawda niewiele dająca i mogąca brzmieć jak kłamstwo. - A twojego imienia tak naprawdę nie potrzebowałam. Pamiętam cię. Slytherin, rocznik pięćdziesiąt osiem.
Kiedy Changówna się przedstawiła, było już jasne, że Brenna nie myliła się za pierwszym razem. Jedyne, co ją początkowo zmyliło, to oczy. Ale mogła źle to zapamiętać, Maeve użyła magii, nosiła soczewki albo była metamorfomagiem - jedno z czterech, każda możliwość równie prawdopodobna jak pozostałe. Wprawdzie Brenna kojarzyła właściwie każdego tak do dwóch lat niżej i do dwóch lat wyżej z Hogwartu (zwłaszcza z Gryffindoru i, paradoksalnie, Slytherinu, bo zadawała się z masą Ślizgonów, także starszych i młodszych), ale jednak nie wykuła sobie każdego szczegółu cudzych twarzy w pamięci. (Nawet jeśli, co było zabawne, czasem tak samo jak Maeve, kopiowała ich fragmenty - tyle że nie próbując odwzorować ich wiernie, a stworzyć coś zupełnie nowego.) A z tego rocznika kontakt miała przede wszystkim z Aveliną. Chociaż to, jak kobiecie mignęły oczy, gdy słuchała o Brianie, mogło dodawać powiedzmy parę procent do tej ostatniej opcji. I tak, wzbudzało odrobinę niepokoju.
Tyle że Brenna nie zamierzała przyznawać, że to zauważyła ani że te znikające na palcach ranki przyciągnęły mocniej jej uwagę. Bo ostatecznie wiedziała, gdzie się znajduje. I nie chciała sprawiać wrażenia zbyt zainteresowanej tym miejscem, interesami, Changami czy tą konkretną Changówną.
Podobno Brygadzistą jest się zawsze, przynajmniej tak powtarzał ojciec. Żywy (bo nie mądry nawet) Brygadzista wie jednak, w jakich sytuacjach reagować, a w jakich nie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.