24.10.2023, 20:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2023, 21:06 przez Lorraine Malfoy.)
Niemy zachwyt na twarzy Sauriela, kiedy odsłoniła przed nim planszę z mapą myśli był niesłychanie satysfakcjonujący.
A jego uśmiech? Warty więcej niż pieniądze. Prawie.
Dobrze było wiedzieć, że wciąż potrafiła mówić ich wspólnym językiem; że wciąż było im równie łatwo bawić się półsłówkami, co grać sobie nawzajem na nerwach - prawie jak niegrzeczne kotki goniące za kłębkiem wełny (a ta wizja, swoją drogą, kompletnie usprawiedliwia upodobanie Sauriela do towarzystwa puchatych, maskotek, puchatych poduszeczek i innych takich śliczności, ale ćśś, bo to jest sekret, którego nigdy nie zdradzę, xoxo). Cieszyła się, że podczas ich ostatniego spotkania wytrzymała pod ciężarem jego hardego spojrzenia, że jej drżące ze strachu rączki nie rozlały zawartości szklanki na jedną z obrzydliwych kanap w stylu wiktoriańskim, i wreszcie, że - przynajmniej na tę chwilę, jak sądziła - zdołała przebić się przez gniew, dystans i grubą kocią sierść, przylegające do Sauriela niby druga skóra.
Lorraine nigdy nie powiedziałaby, że zna Rookwooda, nie po tak wielu latach, kiedy widzieli się może raz na jakiejś rodzinnej uroczystości, i to z daleka. Był dla niej jak to rozbite lustro: nie sposób było ogarnąć umysłem wszystkich tych, jakże różnych wersji jego osoby, które zdążyła jako tako zespolić w jedną całość... Całość przecież tak niedoskonałą, bo stworzoną z odłamków impresji innych ludzi (tych postronnych świadków, dalekich znajomych czy dawnych wspólników), jej własnych, wypaczonych przez czas wspomnień z lat młodzieńczych i wreszcie - z odłamków, które wychwyciła jej także niedoskonała percepcja.
Och, co prawda, Malfoy uwielbiała fantazjować, że jest akromantulą z kilkorgiem par wszystowidzących oczu, dla której Nokturn i okolice stanowią oblepione pajęczynami gniazdo i teren łowiecki zarazem, ale nieważne jak wiele ofiar schwytała w swoją sieć - jak wiele sekretów wyssała razem z ich krwią - jak wiele pajęczej nici poszłoby na stworzenie wycieraczki z napisem evil mastermind zamiast "live laugh love"... To, że nikt jej jeszcze nie przydeptał niczym niedopalonego papierosa (kmwtw) zawdzięczała tylko i wyłącznie chorobliwej przezorności, ewentualnie - kolcom jadowym. No i, przede wszystkim, chociaż miała do dyspozycji potężną siatkę (pajęczynę?) szpiegów, informatorów i innych konfidentów, nie była wszechwidząca, ani tym bardziej wszechwiedząca, o czym nie raz, i nie dwa, miała okazję boleśnie się przekonać. Choć Lorraine sama siebie kreowała na królową sekretów, i zdążyła osiągnać tak wiele na własną rękę, wiele drzwi wciąż pozostawało przed nią zamkniętych. Niektórych spraw nie dało się przestawić wyłącznie w formie suchych faktów: w końcu dokumenty można było sfałszować, a i relacje międzyludzkie same w sobie były tak skomplikowaną grą pełną pozorów i niedopowiedzeń, że na ich podsumowanie nie starczyłoby Malfoyównie kolorów w jej specjalnym kodzie porządkującym. Lorraine była przyzwyczajona, że nie zawsze można posiadać luksus pełnego oglądu na sytuację; czasem należało po prostu zgadywać. Zaryzykować.
Nie była na tyle głupia, by obstawiać w ciemno, dlatego myliła się rzadko. Motywacje większości ludzi były banalne i zwykle łatwo wytłumaczalne - zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama - kiedy przyjęło się najprostsze rozwiązanie. A to, że w tym przypadku taka zadufana w sobie Lorraine Malfoy pomyliła takiego Czarnego Kota z jakimś tam Czarnym Panem... Cóż, zdarza się najlepszym!! Czy Sauriel Rookwood poprosiłby ją o zebranie informacji, gdyby martwił się tym, że Lorraine odkryje coś, czego nie powinna wiedzieć? Nie uważała go za banalnego, więc w sumie trudno było stwierdzić, ale starała się uciszyć wewnętrzną paranoiczkę, i stwierdziła, że dalsze myślenie w kategoriach zabije mnie - nie zabije, nie ma większego sensu.
Bo z drugiej strony, Lorraine znała Sauriela na tyle, by wierzyć, że nie byłby Saurielem bez tych swoich pokrętnych zasad, jakiejś dziwnej nieustępliwości, bo przynajmniej tak to nazywała, nie znajdując lepszego słowa wobec jego nieposkromionej potrzeby chodzenia jak kot, zawsze swoimi drogami. A ze znania się na ludziach, to w końcu zrobiła sobie karierę.
Chociaż Rookwood wzbudzał prawdziwy zamęt w jej głowie, kiedy wydawał się tak... Nieludzki. I kiedy tak zaskakiwał ją tą swoją nagłą szczerością, a ona czuła się taka głupiutka, bo nie potrafiła odróżnić nawet kpiny od podziwu!!
A już tego, że od komplementów przejdzie do zbliżeń, to już kompletnie się nie spodziewała.
Ty draniu, pomyślała: po trosze z zadowoleniem, bo jednak mimo wszystko nie był tak obojętny, na jakiego do tej pory wyglądał; po trosze z oburzeniem - bo jak to tak, przecież to ona miała wodzić na pokuszenie, to ona miała być tym zmysłowym sukkubem, a tutaj nagle sama została bezczelnie zaatakowana swoją własną bronią, to Sauriel zaparł jej dech w piersi, kiedy osaczył ją jak jakiś inkub!!; a po trosze z satysfakcją - bo chciał z nią grać, bo podjął to wyzwanie... Czy oczy Rookwooda zawsze były tak czarne jak piekielne otchłanie czy odblokował je automatycznie, wskakując na 4 lvl spaczenia? Lorraine była już gotowa pytać jak dziewczynka z bajki o Czerwonym Kapturku: a dlaczego masz takie wielkie zębiska???... Ale nie zdążyła, bo kiedy tak się do niej zbliżył, trochę zbyt głęboko odetchnęła i przez chwilę miała za mało powietrza w płucach, żeby powiedzieć coś mądrego. Uśmiechała się więc tylko słodziutko, tak po swojemu, teraz już bardziej przepełniona euforią aniżeli strachem...
- Już przechodzisz do rękoczynów? - zdążyła tylko rzucić wyzywająco, zanim Sauriel się cofnął. Rozbawiło ją to.
Może to i Lorraine nadawała rytm - nie po to spędziła lata swojego życia doskonaląc swoje zdolności muzyczne podczas niekończących się lekcji fortepianu - ale w tym tańcu to Sauriel prowadził. A przecież Lorraine uwielbiała tańczyć!!
Dlatego kiedy on zrobił dwa kroki w tył - ona zrobiła dwa i pół do przodu.
Kroki Lorraine były ostrożne, ale i dobitne zarazem - równo odmierzone przez stuknięcia niskich obcasów o skrzypiące deski parkietu, cichy szelest sukni przesuwającej się po podłodze, i nade wszystko, gwałtowne bicie jej serca - ostrożne, a jednak stanowcze, co wydawało się idealnie kontrastować z niesłychaną gracją Rookwooda, który w ogóle poruszał się bezszelestnie, jakby zamiast podeszew butów miał poduszeczki kocich łapek. Ciekawe, jakie zostawiał ślady na śniegu? Ta i każda inna bezsensowna myśl tańczyły teraz walczyka w główce Lorraine...
"Kogo trzeba tu odjebać, żeby cię mieć?"
Nikogo, czy to nie jest aż za proste?
- Zapytałabym o to samo - szepnęła, z twarzą niemal przy jego twarzy, dając Saurielowi jeszcze mniej przestrzeni, niż on przed chwilą dawał jej. - Ale po cóż się oszukiwać i udawać, że nie byłbyś dla mnie łatwy. - Słowa która spływały z jej ust były echem jego własnych, ale ton Lorraine był tak łagodny, ba, czuły, że trudno było interpretować to jako prawdziwe wyzwanie. Przez chwilę nie mogła uwierzyć, że oferował jej właśnie to, czego tak bardzo potrzebowała.
Lorraine była znużona. Znużona nieustanną walką o swoją pozycję, tym, że całe życie musiała uciekać się do wymyślnych podstępów i kupczenia swoimi wdziękami; znużona wieczną grą w kotka i myszkę z każdym byle oprychem, byle nie zostać wykopaną z tego interesu... A przede wszystkim zmęczona własną słabością.
Wcześniej tylko pokręciła głową, kiedy Sauriel machnął ręką na jej komplement, kwitując, że zbiry zakłócające porządek w knajpie Reida to tylko płotki. Lorraine zazdrościła tej pewności siebie w głosie mężczyzny, podziwiała lekki ton, z jakim on i Stanley mówili o przemocy, i myślała o strachu, jaki musieli wzbudzić w szeregach minionów Eldirra. Malfoy posiadała talent tylko w kierunku magii umysłu, która wymagała jednak cichego skupienia, precyzji, sprytu i siły woli - w praktycznych czarach ofensywnych i defensywnych była beznadziejna.
Lorraine od dłuższego czasu obawiała się, że przez to stoi w martwym punkcie. Lorraine pracowała z potężnymi mężczyznami, z brutalnymi mężczyznami, z głupimi mężczyznami... Przeżyła wielu z nich, bo nie doceniali pieprzniętej blondyneczki i jej imperium sekretów. Ale Malfoy nie chciała tylko przeżyć, ona chciała żyć, i to na odpowiednim poziomie, a nie tułać się w nieskończoność po tych ściekach. Nie mogła pozwolić sobie na rozszerzanie swoich wpływów, mając jednocześnie świadomość, że jak za mocno zajdzie komuś za skórę, to nie będzie nikogo, kto mógłby jej pomóc. Może tylko Maeve, ale sama Lorraine nie pozwoliłaby popełnić jej takiej głupoty, i sądziła, że matka Mae również, znając nieprzejednanie seniorki rodu Chang.
Lorraine mogła pół życia spędzić wpierdalając sekreciki, manewrując ostrożnie między innymi graczami, i bardzo, bardzo powoli dochodząc do względnej stabilizacji, ale zawsze miała większe ambicje.
I doszła do wniosku, że oprócz mózgu, potrzebuje w tym celu także dobrych pięści.
- Skoro chcesz wyłączność... - zawiesiła na chwilę głos, zastanawiając się, czy powinna dalej pierdolić się w tańcu, czy... Ach, jebać to. Raz w życiu postanowiła być bezpośrednią. - ...Wystarczy przysięga, Sauriel. - Tylko tyle? Aż tyle? - Ty potrzebujesz mnie, ja potrzebuję ciebie; ale przystanę tylko na równe udziały. Mogę uciszyć szepty po kątach, albo sprawić, że powiedzą to, co chcesz; mogę zadbać o to, żebyś nie musiał oglądać się nieustannie przez ramię, kiedy tu przychodzisz - wyrzuciła z siebie. Dopiero na koniec poczuła zawahanie. - Ale czy ty będziesz w stanie zadbać o mnie? Czy może pomyliłam się w szacowaniu twoich ambicji?
Lorraine była tak nawykła do tego, że każdy sukces w jej życiu musi być okupiony jakimś nieludzkim poświęceniem, że kiedy z własnej woli pukał do jej drzwi i oferował współudział w zbrodni, nagle wydawał się nierealny. Pytanie W DALSZYM CIĄGU brzmiało: pogrywa ze mną czy jednak traktuje to śmiertelnie poważnie?
- Bo jeżeli popełniłam ten błąd, to płać i... I wypierdalaj. - Chciała, by jej głos zabrzmiał pewnie, ale przez jej ściśnięte gardło przedostał się szept. Ups.
A jego uśmiech? Warty więcej niż pieniądze. Prawie.
Dobrze było wiedzieć, że wciąż potrafiła mówić ich wspólnym językiem; że wciąż było im równie łatwo bawić się półsłówkami, co grać sobie nawzajem na nerwach - prawie jak niegrzeczne kotki goniące za kłębkiem wełny (a ta wizja, swoją drogą, kompletnie usprawiedliwia upodobanie Sauriela do towarzystwa puchatych, maskotek, puchatych poduszeczek i innych takich śliczności, ale ćśś, bo to jest sekret, którego nigdy nie zdradzę, xoxo). Cieszyła się, że podczas ich ostatniego spotkania wytrzymała pod ciężarem jego hardego spojrzenia, że jej drżące ze strachu rączki nie rozlały zawartości szklanki na jedną z obrzydliwych kanap w stylu wiktoriańskim, i wreszcie, że - przynajmniej na tę chwilę, jak sądziła - zdołała przebić się przez gniew, dystans i grubą kocią sierść, przylegające do Sauriela niby druga skóra.
Lorraine nigdy nie powiedziałaby, że zna Rookwooda, nie po tak wielu latach, kiedy widzieli się może raz na jakiejś rodzinnej uroczystości, i to z daleka. Był dla niej jak to rozbite lustro: nie sposób było ogarnąć umysłem wszystkich tych, jakże różnych wersji jego osoby, które zdążyła jako tako zespolić w jedną całość... Całość przecież tak niedoskonałą, bo stworzoną z odłamków impresji innych ludzi (tych postronnych świadków, dalekich znajomych czy dawnych wspólników), jej własnych, wypaczonych przez czas wspomnień z lat młodzieńczych i wreszcie - z odłamków, które wychwyciła jej także niedoskonała percepcja.
Och, co prawda, Malfoy uwielbiała fantazjować, że jest akromantulą z kilkorgiem par wszystowidzących oczu, dla której Nokturn i okolice stanowią oblepione pajęczynami gniazdo i teren łowiecki zarazem, ale nieważne jak wiele ofiar schwytała w swoją sieć - jak wiele sekretów wyssała razem z ich krwią - jak wiele pajęczej nici poszłoby na stworzenie wycieraczki z napisem evil mastermind zamiast "live laugh love"... To, że nikt jej jeszcze nie przydeptał niczym niedopalonego papierosa (kmwtw) zawdzięczała tylko i wyłącznie chorobliwej przezorności, ewentualnie - kolcom jadowym. No i, przede wszystkim, chociaż miała do dyspozycji potężną siatkę (pajęczynę?) szpiegów, informatorów i innych konfidentów, nie była wszechwidząca, ani tym bardziej wszechwiedząca, o czym nie raz, i nie dwa, miała okazję boleśnie się przekonać. Choć Lorraine sama siebie kreowała na królową sekretów, i zdążyła osiągnać tak wiele na własną rękę, wiele drzwi wciąż pozostawało przed nią zamkniętych. Niektórych spraw nie dało się przestawić wyłącznie w formie suchych faktów: w końcu dokumenty można było sfałszować, a i relacje międzyludzkie same w sobie były tak skomplikowaną grą pełną pozorów i niedopowiedzeń, że na ich podsumowanie nie starczyłoby Malfoyównie kolorów w jej specjalnym kodzie porządkującym. Lorraine była przyzwyczajona, że nie zawsze można posiadać luksus pełnego oglądu na sytuację; czasem należało po prostu zgadywać. Zaryzykować.
Nie była na tyle głupia, by obstawiać w ciemno, dlatego myliła się rzadko. Motywacje większości ludzi były banalne i zwykle łatwo wytłumaczalne - zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama - kiedy przyjęło się najprostsze rozwiązanie. A to, że w tym przypadku taka zadufana w sobie Lorraine Malfoy pomyliła takiego Czarnego Kota z jakimś tam Czarnym Panem... Cóż, zdarza się najlepszym!! Czy Sauriel Rookwood poprosiłby ją o zebranie informacji, gdyby martwił się tym, że Lorraine odkryje coś, czego nie powinna wiedzieć? Nie uważała go za banalnego, więc w sumie trudno było stwierdzić, ale starała się uciszyć wewnętrzną paranoiczkę, i stwierdziła, że dalsze myślenie w kategoriach zabije mnie - nie zabije, nie ma większego sensu.
Bo z drugiej strony, Lorraine znała Sauriela na tyle, by wierzyć, że nie byłby Saurielem bez tych swoich pokrętnych zasad, jakiejś dziwnej nieustępliwości, bo przynajmniej tak to nazywała, nie znajdując lepszego słowa wobec jego nieposkromionej potrzeby chodzenia jak kot, zawsze swoimi drogami. A ze znania się na ludziach, to w końcu zrobiła sobie karierę.
Chociaż Rookwood wzbudzał prawdziwy zamęt w jej głowie, kiedy wydawał się tak... Nieludzki. I kiedy tak zaskakiwał ją tą swoją nagłą szczerością, a ona czuła się taka głupiutka, bo nie potrafiła odróżnić nawet kpiny od podziwu!!
A już tego, że od komplementów przejdzie do zbliżeń, to już kompletnie się nie spodziewała.
Ty draniu, pomyślała: po trosze z zadowoleniem, bo jednak mimo wszystko nie był tak obojętny, na jakiego do tej pory wyglądał; po trosze z oburzeniem - bo jak to tak, przecież to ona miała wodzić na pokuszenie, to ona miała być tym zmysłowym sukkubem, a tutaj nagle sama została bezczelnie zaatakowana swoją własną bronią, to Sauriel zaparł jej dech w piersi, kiedy osaczył ją jak jakiś inkub!!; a po trosze z satysfakcją - bo chciał z nią grać, bo podjął to wyzwanie... Czy oczy Rookwooda zawsze były tak czarne jak piekielne otchłanie czy odblokował je automatycznie, wskakując na 4 lvl spaczenia? Lorraine była już gotowa pytać jak dziewczynka z bajki o Czerwonym Kapturku: a dlaczego masz takie wielkie zębiska???... Ale nie zdążyła, bo kiedy tak się do niej zbliżył, trochę zbyt głęboko odetchnęła i przez chwilę miała za mało powietrza w płucach, żeby powiedzieć coś mądrego. Uśmiechała się więc tylko słodziutko, tak po swojemu, teraz już bardziej przepełniona euforią aniżeli strachem...
- Już przechodzisz do rękoczynów? - zdążyła tylko rzucić wyzywająco, zanim Sauriel się cofnął. Rozbawiło ją to.
Może to i Lorraine nadawała rytm - nie po to spędziła lata swojego życia doskonaląc swoje zdolności muzyczne podczas niekończących się lekcji fortepianu - ale w tym tańcu to Sauriel prowadził. A przecież Lorraine uwielbiała tańczyć!!
Dlatego kiedy on zrobił dwa kroki w tył - ona zrobiła dwa i pół do przodu.
Kroki Lorraine były ostrożne, ale i dobitne zarazem - równo odmierzone przez stuknięcia niskich obcasów o skrzypiące deski parkietu, cichy szelest sukni przesuwającej się po podłodze, i nade wszystko, gwałtowne bicie jej serca - ostrożne, a jednak stanowcze, co wydawało się idealnie kontrastować z niesłychaną gracją Rookwooda, który w ogóle poruszał się bezszelestnie, jakby zamiast podeszew butów miał poduszeczki kocich łapek. Ciekawe, jakie zostawiał ślady na śniegu? Ta i każda inna bezsensowna myśl tańczyły teraz walczyka w główce Lorraine...
"Kogo trzeba tu odjebać, żeby cię mieć?"
Nikogo, czy to nie jest aż za proste?
- Zapytałabym o to samo - szepnęła, z twarzą niemal przy jego twarzy, dając Saurielowi jeszcze mniej przestrzeni, niż on przed chwilą dawał jej. - Ale po cóż się oszukiwać i udawać, że nie byłbyś dla mnie łatwy. - Słowa która spływały z jej ust były echem jego własnych, ale ton Lorraine był tak łagodny, ba, czuły, że trudno było interpretować to jako prawdziwe wyzwanie. Przez chwilę nie mogła uwierzyć, że oferował jej właśnie to, czego tak bardzo potrzebowała.
Lorraine była znużona. Znużona nieustanną walką o swoją pozycję, tym, że całe życie musiała uciekać się do wymyślnych podstępów i kupczenia swoimi wdziękami; znużona wieczną grą w kotka i myszkę z każdym byle oprychem, byle nie zostać wykopaną z tego interesu... A przede wszystkim zmęczona własną słabością.
Wcześniej tylko pokręciła głową, kiedy Sauriel machnął ręką na jej komplement, kwitując, że zbiry zakłócające porządek w knajpie Reida to tylko płotki. Lorraine zazdrościła tej pewności siebie w głosie mężczyzny, podziwiała lekki ton, z jakim on i Stanley mówili o przemocy, i myślała o strachu, jaki musieli wzbudzić w szeregach minionów Eldirra. Malfoy posiadała talent tylko w kierunku magii umysłu, która wymagała jednak cichego skupienia, precyzji, sprytu i siły woli - w praktycznych czarach ofensywnych i defensywnych była beznadziejna.
Lorraine od dłuższego czasu obawiała się, że przez to stoi w martwym punkcie. Lorraine pracowała z potężnymi mężczyznami, z brutalnymi mężczyznami, z głupimi mężczyznami... Przeżyła wielu z nich, bo nie doceniali pieprzniętej blondyneczki i jej imperium sekretów. Ale Malfoy nie chciała tylko przeżyć, ona chciała żyć, i to na odpowiednim poziomie, a nie tułać się w nieskończoność po tych ściekach. Nie mogła pozwolić sobie na rozszerzanie swoich wpływów, mając jednocześnie świadomość, że jak za mocno zajdzie komuś za skórę, to nie będzie nikogo, kto mógłby jej pomóc. Może tylko Maeve, ale sama Lorraine nie pozwoliłaby popełnić jej takiej głupoty, i sądziła, że matka Mae również, znając nieprzejednanie seniorki rodu Chang.
Lorraine mogła pół życia spędzić wpierdalając sekreciki, manewrując ostrożnie między innymi graczami, i bardzo, bardzo powoli dochodząc do względnej stabilizacji, ale zawsze miała większe ambicje.
I doszła do wniosku, że oprócz mózgu, potrzebuje w tym celu także dobrych pięści.
- Skoro chcesz wyłączność... - zawiesiła na chwilę głos, zastanawiając się, czy powinna dalej pierdolić się w tańcu, czy... Ach, jebać to. Raz w życiu postanowiła być bezpośrednią. - ...Wystarczy przysięga, Sauriel. - Tylko tyle? Aż tyle? - Ty potrzebujesz mnie, ja potrzebuję ciebie; ale przystanę tylko na równe udziały. Mogę uciszyć szepty po kątach, albo sprawić, że powiedzą to, co chcesz; mogę zadbać o to, żebyś nie musiał oglądać się nieustannie przez ramię, kiedy tu przychodzisz - wyrzuciła z siebie. Dopiero na koniec poczuła zawahanie. - Ale czy ty będziesz w stanie zadbać o mnie? Czy może pomyliłam się w szacowaniu twoich ambicji?
Lorraine była tak nawykła do tego, że każdy sukces w jej życiu musi być okupiony jakimś nieludzkim poświęceniem, że kiedy z własnej woli pukał do jej drzwi i oferował współudział w zbrodni, nagle wydawał się nierealny. Pytanie W DALSZYM CIĄGU brzmiało: pogrywa ze mną czy jednak traktuje to śmiertelnie poważnie?
- Bo jeżeli popełniłam ten błąd, to płać i... I wypierdalaj. - Chciała, by jej głos zabrzmiał pewnie, ale przez jej ściśnięte gardło przedostał się szept. Ups.