W przeciwieństwie do całkiem sporej części bawiącej się w najlepsze gawiedzi, Erik nie zamierzał po prostu cieszyć się rozgrywką. Z pewnego punktu widzenia była to nie lada angażujące przedstawienie. Dwóch sportowców, wprawionych w sztuce pojedynkowania, stało teraz naprzeciw siebie. Mieli zawalczyć o swoje racje, o to, kto miał rację w tym „sporze”. Nie chodziło tutaj tylko o udowodnienie drugiej stronie, że było się lepszym. Wynik tego pojedynku miał pokazać publice kto tego lata będzie pławić się w chwale, a kto topić w niesławie.
Jedną z podstawowych zasad Srebrnych Różdżek było to, aby nigdy nie ignorować swojego przeciwnika. Bez względu na to, jak słaby lub nieudolny ktoś może się wydawać, zawsze może mieć w rękawie kilka asów. A ci panowie... Najwidoczniej mieli ich wiele. Dawno nie widziałem tak wyrównanego pojedynku, pomyślał przelotnie, chociaż wredny głosik z tyłu jego głowy podsunął mu kolejny wniosek: czy świadczyło to dobrze o doświadczeniu obu czarodziejów? A może stanowiło jawną oznakę tego, że oboje byli po prostu bardzo źli w swoim fachu?
Kolorowe wstęgi zaklęć i tarcz obronnych co rusz materializowały się na arenie, a gdy kurz bitewny w końcu opadł... Erik był zawiedziony wynikiem. Remis. Skrzywił się, gdy usłyszał słowa sędziego. Wieczny pat. Nikt nie wygrał, nikt nie przegrał, ale kto w takim razie miał w tym sporze szansę? Longbottom zerknął kontrolnie na widownię, skupiając się przede wszystkim na anonimowych fanach obu pojedynkowiczów. Wątpił, aby śmietanka towarzyska świata czarodziejów planowała wszcząć tu zamieszki, ale fani sportu... Co do nich nie miał takich nadziei.
— Gratuluję, Philipie. To była dobra walka — odezwał się, komplementując jego formę rzucania czarów. — Chociaż mam wrażenie, że wynik może nie zadowolić pana Lestrange'a.
Z wygranej by się cieszył, przegrana mogła go rozjuszyć, ale co z nierozstrzygnięciem? Czy to oznaczało, że konflikt miał rozejść się po kościach, skoro widownia dostała po części to, czego chciała, czyli dobrego widowiska i emocji? Erik nie był wcale pewny, czy był to koniec. Gdyby była tu Brenna, pewnie rzuciłaby jakimś komentarzem, że warto by było na wszelki wypadek ewakuować stąd Philipa. Na wypadek, gdyby ktoś stwierdził, że czas wyegzekwować sprawiedliwość na własne sposoby.
— Planujesz jakieś orędzie dla prasy... Albo swoich fanów? — dopytał, odwracając się ku widowni, mierząc tych wszystkich ludzi pełnym wątpliwości wzrokiem. Miał jakieś złe przeczucia. A może to niedoprawiony obiad?