14.11.2022, 02:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2022, 00:29 przez Trevor Yaxley.)
To był zły pomysł. To był bardzo zły pomysł. Patrząc na to, że jego najbliższa rodzina wyrzekła się go to nawet tej dalszej nie powinien pokazywać się na oczy. Przynajmniej w teorii. Nie musiał być żadnym jasnowidzem aby wiedzieć, że na liście gości na urodzinowym przyjęciu kuzynostwa będą obecni jego rodzice. O ile jego ojciec nie zaniemógł poważniej, niż zwykle. Była na to mała szansa.
Biorąc pod uwagę bycie poszukiwanym za przestępstwo, którego nie popełnił to też nie powinien być w okolicy posiadłości należącej do jego dalszych krewnych. W końcu nie wiadomo, kto jeszcze będzie w gościach. A skoro już tutaj zawędrował to już nie było odwrotu. Zapewne i tak przybędzie ostatni. Dla obchodzących urodziny bratanicy i bratanka wiózł to, co było w stanie przetrwać całe tygodnie w podróży. Czyli alkoholu. Zachowanie tych dwóch butelek ognistej whisky wymagało od niego kierowania się resztkami własnej przyzwoitości i dowiezienia ich pełnych tego trunku zamiast ulegnięcia własnemu nałogowi i wypicia ich podczas wpatrywania się w żar rozpalonego wieczorem ogniska. Nie wypadało przychodzić z pustymi rękoma. O zaaranżowanych zaręczynach swojego kuzyna rzecz jasna nie wiedział. Omijały go takie informacje od trzech lat.
Ściągnął wodze pojedynczego, karego konia rasy Shire, zaprzęgniętego do krytego wozu, w którym przewoził cały swój dobytek. W tym olbrzymią klatkę z harpią wielką o imieniu Gwydion. Coraz bardziej zbliżał się do tej posiadłości, aż w końcu mógł pod nią zatrzymać konia jak i wóz. Jeśli zostanie przyjęty to zarówno on, jak i koń nazwany przez niego Abelardem będą mogli odpocząć po długiej podróży. Zdecydowanie dobrze zrobiłaby mu noc spędzona we wnętrzu domu, w wygodnym łóżku. O chwili rozrywki już nie mówiąc. Sam wierzchowiec trafiłby do stajni. Mógłby też wypuścić z klatki Gwydiona, pozwalając mu na rozprostowanie skrzydeł. Wolał jednak tak nie wybiegać daleko w przyszłość. Wszystko się okaże, gdy ktoś wyjdzie mu na naprzeciw. Zsiadając z tego wozu, tradycyjnie przydeptał sobie prawy brzeg postrzępionej peleryny.
Biorąc pod uwagę bycie poszukiwanym za przestępstwo, którego nie popełnił to też nie powinien być w okolicy posiadłości należącej do jego dalszych krewnych. W końcu nie wiadomo, kto jeszcze będzie w gościach. A skoro już tutaj zawędrował to już nie było odwrotu. Zapewne i tak przybędzie ostatni. Dla obchodzących urodziny bratanicy i bratanka wiózł to, co było w stanie przetrwać całe tygodnie w podróży. Czyli alkoholu. Zachowanie tych dwóch butelek ognistej whisky wymagało od niego kierowania się resztkami własnej przyzwoitości i dowiezienia ich pełnych tego trunku zamiast ulegnięcia własnemu nałogowi i wypicia ich podczas wpatrywania się w żar rozpalonego wieczorem ogniska. Nie wypadało przychodzić z pustymi rękoma. O zaaranżowanych zaręczynach swojego kuzyna rzecz jasna nie wiedział. Omijały go takie informacje od trzech lat.
Ściągnął wodze pojedynczego, karego konia rasy Shire, zaprzęgniętego do krytego wozu, w którym przewoził cały swój dobytek. W tym olbrzymią klatkę z harpią wielką o imieniu Gwydion. Coraz bardziej zbliżał się do tej posiadłości, aż w końcu mógł pod nią zatrzymać konia jak i wóz. Jeśli zostanie przyjęty to zarówno on, jak i koń nazwany przez niego Abelardem będą mogli odpocząć po długiej podróży. Zdecydowanie dobrze zrobiłaby mu noc spędzona we wnętrzu domu, w wygodnym łóżku. O chwili rozrywki już nie mówiąc. Sam wierzchowiec trafiłby do stajni. Mógłby też wypuścić z klatki Gwydiona, pozwalając mu na rozprostowanie skrzydeł. Wolał jednak tak nie wybiegać daleko w przyszłość. Wszystko się okaże, gdy ktoś wyjdzie mu na naprzeciw. Zsiadając z tego wozu, tradycyjnie przydeptał sobie prawy brzeg postrzępionej peleryny.