25.10.2023, 00:58 ✶
Zaledwie kilka sekund wcześniej na pokładzie statku znajdowało się trzynaście przytomnych osób i kilkanaście nieprzytomnych. Teraz pozostała jedynie trójka przytomnych, ale przybyło aż jedenaście kolejnych nieprzytomnyc. Stanley i Anthony Borginowie, Victoria Lestrange, Erik Longbottom czy Geraldine Yaxley nie byli byle mugolami, a jednak również ich sięgnęła nieprzyjemna magia tego miejsca. Laurent Prewett i Danielle Longbottom coś dostrzegli, ale chociaż widzieli więcej, polegli tak samo szybko jak Avelina Paxton lub wspinający się na końcu Augustus Rookwood. Tak jakby umiejętności nie miały żadnego znaczenia w starciu z siłą, która tu panowała. A przy tym wszystkim, przy tych ułamkach milisekund, gdy Brenna, Atreus i Mavelle jeszcze nie zdążyli zareagować, a Brenna jeszcze nie zdążyła rzucić się ku bratu, w uszy mogła ich uderzyć złowróżbna cisza. Kompletna, straszna, zupełnie nienaturalna. Martwa?
Podobno marynarze najbardziej obawiali się martwej ciszy. Ten statek właśnie w takiej tonął. Otulała go z każdej strony i kryło się w niej o wiele więcej niebezpieczeństwa, niż można by było pomyśleć na pierwszy rzut oka. Brak wiatru sprawiał, że statek wydawał się stać nieruchomo w jednym miejscu. A jednak przecież płynął. Za każdym razem, gdy wynurzał się z wody płynął dokładnie tą samą trasą i tonął w wodzie, najprawdopodobniej, w dokładnie tym samym miejscu. Ale brak mew, brak uderzających o burtę fal, brak odgłosów życia… To miejsce przypominało ponury cmentarz.
Również nieprzytomni leżący na pokładzie byli niepokojący. Kompletnie się nie poruszali. Mieli odwodnione ciała i pobladłe, wycieńczone ze zmęczenia ciała. Niektórzy zdołali już dorobić się bolesnych odleżyn. Oddychali słabo, w nienaturalnie miarowym, powolnym tempie, który dla mniej wprawionego oka wydawał się, po prostu niedostrzegalny. Byli jakby zawieszeni na granicy życia i śmierci, w tym szczególnym momencie, z którego jedynie krok do przodu lub do tyłu sprawiał, że dusza pozostawała w swojej ziemskiej skorupie albo odchodziła w zaświaty. Dotykając Erika, Brenna poczuła, że zrobił się gliniasty, kompletnie przelewający się jej przez ręce. Każdy z leżących na pokładzie dokładnie taki był, jakby statek odbierał im nie tylko przytomność umysłu, ale też wiotkość mięśni lub – choćby szczątkową – wolną wolę. Pochłonięci w osobliwym śnie, czekali albo na śmierć, albo na ratunek.
Koniec końców, wszyscy tu obecni, przytomni czy też nieprzytomni, mieli limit czasu na to, by wyrwać się z zesłanego im na głowy snu i przerwać klątwę. Ten limit czasu wynosił kilka godzin.
Podobno marynarze najbardziej obawiali się martwej ciszy. Ten statek właśnie w takiej tonął. Otulała go z każdej strony i kryło się w niej o wiele więcej niebezpieczeństwa, niż można by było pomyśleć na pierwszy rzut oka. Brak wiatru sprawiał, że statek wydawał się stać nieruchomo w jednym miejscu. A jednak przecież płynął. Za każdym razem, gdy wynurzał się z wody płynął dokładnie tą samą trasą i tonął w wodzie, najprawdopodobniej, w dokładnie tym samym miejscu. Ale brak mew, brak uderzających o burtę fal, brak odgłosów życia… To miejsce przypominało ponury cmentarz.
Również nieprzytomni leżący na pokładzie byli niepokojący. Kompletnie się nie poruszali. Mieli odwodnione ciała i pobladłe, wycieńczone ze zmęczenia ciała. Niektórzy zdołali już dorobić się bolesnych odleżyn. Oddychali słabo, w nienaturalnie miarowym, powolnym tempie, który dla mniej wprawionego oka wydawał się, po prostu niedostrzegalny. Byli jakby zawieszeni na granicy życia i śmierci, w tym szczególnym momencie, z którego jedynie krok do przodu lub do tyłu sprawiał, że dusza pozostawała w swojej ziemskiej skorupie albo odchodziła w zaświaty. Dotykając Erika, Brenna poczuła, że zrobił się gliniasty, kompletnie przelewający się jej przez ręce. Każdy z leżących na pokładzie dokładnie taki był, jakby statek odbierał im nie tylko przytomność umysłu, ale też wiotkość mięśni lub – choćby szczątkową – wolną wolę. Pochłonięci w osobliwym śnie, czekali albo na śmierć, albo na ratunek.
Koniec końców, wszyscy tu obecni, przytomni czy też nieprzytomni, mieli limit czasu na to, by wyrwać się z zesłanego im na głowy snu i przerwać klątwę. Ten limit czasu wynosił kilka godzin.
Koniec sesji