Wydał z siebie pisk bólu, który utonął w tej brudnej wodzie, od którego smrodu i zapachu pewnie skręciłoby mu żołądek do stopnia porzygu, gdyby tylko miał czas się nad tym zastanowić, co czuje i jakim powietrzem oddycha. Obejrzał się za siebie na trupa, wpadając jak pocisk pod nogi Stanleya. Biały - ano tak, nawet śnieżnobiała foka. Albo byłaby śnieżnobiała gdyby nie ta brudna woda, która pozostawiała swój ślad na smukłym ciele stworzenia. Prawdopodobnie najchudsza foka, jaką w życiu widział Stanley. Prawdopodobnie jedyna taka foczka na tym świecie. A może w ogóle pierwsza i jedyna, jaką mężczyzna widział na oczy. Stworzenie, które już po chwili było po prostu Laurentem, odmienionym, pod nogami Stanleya. Spojrzał na swoją nogę, po której płynęła krew, ale w dawce adrenaliny i uderzeniach bólu... w tej dawce, kiedy miał coś robić, mówić, uderzenie w serce zgięło go w pół i sprawiło, że perła wypadła na deski, teraz już nie pochłonięte przez wodę. A może ją faktycznie połknął? Grawitacja przyciągnęła go mocniej do ziemi, woda znów opadła, zalała go, przysłaniając widok na wszystko wokół. Albo to bardziej ta ciemność była kurtyną, która wszystko zasłaniała? Jak przejście na drugą stronę. Śmierć, która chciała ich zatrzymać. Z tym, że będąc w ramionach Matki Wody wszystko było lepsze i spokojniejsze. Nawet Śmierć nie wydawała się tak groźną panną, za jaką ją mieli i jaką ją przedstawiali. Oparł się przedramionami na deskach, siły odpływały, choć i tak było ich przecież tak niewiele w jego mizernym ciele. Panicznie tłuczące się serduszko w imadle tak rozpaczliwie chciało bić i nadążać za dostarczaniem tlenu, podtrzymać kruche życie. Myśli rozpraszały się i rozpierzchały. Bo nie ważne, jak bardzo to serce się starało nie było w stanie wygrać z mroczną siłą, które je zatrzymywało. Uderzało coraz wolniej. Włosy unosiły się na falach, wody przybywało, krew upływała, sól drażniła rozciętą skórę, a ciało zaczynało dryfować niemal bezwiednie w rytm tonącego statku. To już... koniec? Perły lśniły i pulsowały delikatnie w jego oczach, jakby mrugały na pożegnanie. Jakże mizerne było to zakończenie opowieści, w której mieli być bohaterami. Ale kiedy już jego powieki miały się zamknąć nastąpiła zmiana. Serce zostało uwolnione, jak perły ze swoich okowów.
Złapał Stanleya i oparł się o deski zdrową nogą, żeby unieść go na powierzchnię. Żeby mógł oddychać.
Laurent sam nabrał gwałtownie tchu w płuca i potrzepał głową, mierząc różdżką w perły - transmutacją chciał nadać jednej z nich przyciągających właściwości, aby przyciągnęła do siebie pozostałe z pereł i ułożyły się wokół niej w kulkę, aby mógł po nią sięgnąć i zabrać stąd, schować do kieszeni. Nadal nie uważał, żeby jego misja wobec nich została zakończona. Szczególnie nie uważał, żeby zostawianie ich na tym statku było bezpieczne. Pulsowanie sugerowało, że nadal była w nich moc. Jeśli nawet statek został uwolniony od klątwy, szedł na dno, to nie zamierzał pozwolić, żeby perły tu zostały i czarna magia użyła ich do... czegokolwiek. Ożycia, powstania, utrzymania się przy żywocie, przemieszczenia. Nie.
- Anthony? - Rozejrzał się za drugim druhem, gotów go również łapać pod ramię i podciągnąć w górę, albo chociaż pomóc mu się utrzymać. Przy takiej ilości wody było to jeszcze dla niego możliwe - bo to woda zabierała ciężar ich ciał. - Na górę. Lećcie... lećcie na górę. Trzeba wszystkich stąd zabrać. - Ledwo mówił, tak miał ściśnięte gardło. Cokolwiek by się nie stało on sobie poradzi. Dla Anthonyego mogło być oczywiste, że jako selkie świetnie sobie radzi w wodzie (cholera, lepiej sobie radził w wodzie niż na lądzie...), albo mogli to uznać za animagię. Tak czy siak - woda dla niego problemem nie była. Choć to też nie tak, że zamierzał tu zostawać. Sól wyjątkowo paliła go w nogę i najchętniej znalazłby się teraz daleko stąd.
Sukces!
Akcja nieudana