Podskoczył, kiedy poczuł dotyk na swoim ramieniu. Niespodziewany, ale... w zasadzie to chciany. To poczucie, jakbyś oddalał się od ciała, jakby zostawała tylko dusza uniesiona w przestrzeń, kiedy ciało pozostawało przytwierdzone do ziemi ciężarem grawitacji, zniknęło całkowicie - wystarczył dotyk. Taki przyjacielski, chociaż nic nie znaczący, dający powód do tego, by poczuć się z kimś połączonym. Nawet jeśli naprawdę coś doprowadzi do tego, że będą pyłem na wietrze, samotnym i targanym przez wiatr, wystarczyło, żeby doszło do jakiekolwiek kolizji. Nawet tej najmniejszej. Maleńkiej. A jednak było coś przerażającego w tym, że kotwicą dla twojego świata miał stać się Allan Bigsby, całkowicie nieznajomy mugol, którego pamięć miała zostać wyczyszczona.
- Chyba temu służy poezja, prawda? Żeby opisała nam to, czego nie potrafią pochwycić proste słowa. - Odezwał się cicho, przesuwając oczami po jego twarzy, zanim znów wrócił do jego zeszklonych oczu. Albo to po prostu to dziwne zjawisko tak na niego działało, albo to ta samotność, albo... a może po prostu gra cieni na twarzy mężczyzny. Tak czy inaczej do tego chyba była właśnie jego poezja - żeby przelać to, co było takie dziwne, nie raz obce, co wydawało się trudne do ujęcia w słowa, które wypowiadane były na co dzień. Żeby na końcu nie powiedzieć - "i wszystko, co kochałem, kochałem samotnie".
Straceniec. Kimkolwiek ten człowiek był, cokolwiek robił w życiu, jakkolwiek żyli mugole - Laurent nie potrafił się pozbyć wrażenia, że to strasznie niesprawiedliwe. Miał ochotę go zabrać stąd, usiąść z nim w kawiarni, zapewnić, że przecież nic złego się nie stało i nie stanie. Że nie pozwoli mu skasować pamięci, bo to byłoby strasznie niesprawiedliwe. Ale oto siedział przed nim, malutki i nic nie znaczący, nie mogący niczego zrobić i nie będący w stanie mu pomóc. Ani z tym, co działo się w jego życiu ani z tym, co się jeszcze stanie, gdy już zapomni. O tym wieczorze, o tym miesiącu, o tym spotkaniu. Wziął do dłoni te papiery, nie patrzył nawet teraz na nie, po prostu od razu wsunął je do kieszeni spodni, żeby tam nie zaginęły. W tym półmroku chyba i tak wątpliwe, żeby ktoś zwrócił na to uwagę, prawda?
- Zadbam o to jak o największy skarb. - Tyle mógł mu na pewno obiecać. Tak jak mógł się do niego uśmiechnąć, bo co innego pozostawało? Człowiek pokorniał w obliczu tego, co się tutaj działo. A może w obliczu świadomości własnej maleńkości? Laurent wzniósł oczy na księżyc, który królował na niebie razem ze swoją drugą połówką - słońcem. - Powinieneś napisać coś z tego spotkania. - Z tego wieczoru. - Z tych emocji. Na pożegnanie. - Nie lubił alkoholu i nie lubił tego, co robił z ludźmi. Albo inaczej - lubił alkohol, który dobrze smakował, ale sam nie mógł pozwolić sobie na picie go. Tym nie mniej nie lubił, kiedy ludzie z nim przesadzali. Laurent wyciągnął dziennik i ołówek, które nosił przy sobie. Głównie były tam zapiski dotyczące badanej natury, przyrody, dotyczące jego rezerwatu czy abraksanów. Tak i pojedyncze rysunki, wcale nie ładne, ale anatomicznie poprawne. Otworzył na pustej stronie i wyciągnął zachęcająco w kierunku mężczyzny.