25.10.2023, 13:34 ✶
Pierwszym i największym orężem kobiety, jest dramatyzm.
Murtagh nie pamiętał, czy gdzieś to przeczytał, czy też od kogoś usłyszał, ale całym sercem się z tym zgadzał. To nie tak, że gardził kobietami, bo szanował zarówno swoją matkę, jak i parę innych kobiet, które wywarły na nim pewne piętno w życiu. Tym niemniej, nawet one jawiły mu się jako istoty wiotkie, słabe, niestałe w uczuciach i emocjach, którymi łatwo było manipulować, a na najmniejszą przeciwność losu reagowały przesadą i płaczem. Wielu mężczyzn temu ulegało, przyjmując postawię opiekunów, protektorów i książąt na białych rumakach. Jemu w zupełności wystarczyła rola zwierzchnika i dozorcy, który brał co zapragnął i pilnował, aby inwentarz nie wymknął mu się spod kontroli. Czy łzy siostry wywoływały w nim jakieś uczucia? Jeśli już to lekkie poirytowanie, bo przecież prowadzili tylko rozmowę, a ona zachowywała się jak gdyby własnoręcznie wyrwał jej serce z bijącej piersi.
Krew, krew, krew. Krew wzywa krew. Krew płaci za krew.
Mężczyzna zamrugał, wstał i podszedł do barku, stojącego przy oknie po prawej stronie biurka. Nalał sobie do kieliszka ognistej whiskey, nie odrywają butelki, dopóki naczynie nie zapełniło się w ponad połowie.
— Napijesz się? — zapytał siostrę, wrzucając do swojej szklanki kostkę lodu z magicznie schłodzonego garnuszka. Wątpił, by miała na to ochotę, choć bardzo chciał, żeby się zgodziła. Może po alkoholu jej dramatyzm udałoby się nieco stonować? Niezależnie od jej odpowiedzi, kontynuował, cały czas odwrócony do niej tyłem, patrząc na ponury widok za oknem.
— Mam trzydzieści trzy lata, Saro. Nie wiem, jakimi mrzonkami nasz drogi dadaidh* ładował ostatnimi czasy twoją główkę, ale nie zamierzam dopasowywać się do waszego wypaczonego poczucia lojalności. To, że nas spłodził, nie oznacza, że jesteśmy jego własnością i mamy być na każde jego skinienie. — odwrócił w końcu wzrok od okna, zaś w jego oczach płonęła czysta, niczym nie hamowana nienawiść. Sama wzmianka o ojcu sprawiała, że przed jego oczyma stawała twarz Diany, szczęśliwa, spłakana, przerażona, pełna litości. Gdyby mógł, starłby rodziciela z powierzchni ziemi, w zamian za cierpienie jakie ten, pospołu z rodzicami dziewczyny, mu zafundował. I to już nie chodziło o to, że Murtagh go nie rozumiał. Teraz rozumiał, dlaczego Macmillan senior zachował się tak a nie inaczej, nie pozwalając na ten mariaż. Część jego cieszyła się nawet, że Diana mogła pozostać dla niego młodzieńczą miłością, czystą i niewinną, bo nie miał żadnej pewności, że nie skończyłaby tak jak wiele innych kobiet, które poznał później. Oczarował, rozkochał w sobie, wyniósł na piedestał, po czym zrzucił z niego na samo dno, podeptał i słuchał ich jęków błagania, o litość. Lub o więcej. Tym niemniej, iskra nienawiści, którą podsycał w sobie przez te wszystkie lata, miała się w najlepsze i nie zamierzała przygasnąć. Gdyby dać jej szansę, mogłaby się nawet przerodzić w prawdziwą pożogę.
— Tobie natomiast chyba pasuje rola owieczki, która podąża za pasterzem tam, gdzie ten ją kijem przegoni. — zakończył jadowicie, wracając z alkoholem do biurka i siadając z powrotem na fotelu. Czy sprawiało mu przyjemność krzywdzenie siostry? Skoro tak przeszkadzał mu jej płacz, jej dramatyzm, to dlaczego wciąż wypowiadał słowa jak sztylety, wycelowane by dopiec, by zranić? Tak naprawdę sam do końca nie wiedział. Podświadomie, chciał ją chronić przed sobą samym, przed tym czym się stał jako dorosły człowiek, bo przecież ona nie wiedziała. Podejrzewała, widać to było z jej listów, ale nie wiedziała na pewno i nie do jakiego stopnia stał się wrakiem człowieka, moralnym rynsztokiem. A jeśli by ją ochronić, musiał ją wpędzić głębiej w objęcia tatuśka, jeśli nawet miała by wyjechać gdzieś i poślubić kogoś, kto odetnie ją od niego całkowicie, to cóż z tego? Dla siebie samego nie widział już ratunku, ale wciąż miał nadzieję, że uda mu się oszczędzić Sarah.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Murtagh nie pamiętał, czy gdzieś to przeczytał, czy też od kogoś usłyszał, ale całym sercem się z tym zgadzał. To nie tak, że gardził kobietami, bo szanował zarówno swoją matkę, jak i parę innych kobiet, które wywarły na nim pewne piętno w życiu. Tym niemniej, nawet one jawiły mu się jako istoty wiotkie, słabe, niestałe w uczuciach i emocjach, którymi łatwo było manipulować, a na najmniejszą przeciwność losu reagowały przesadą i płaczem. Wielu mężczyzn temu ulegało, przyjmując postawię opiekunów, protektorów i książąt na białych rumakach. Jemu w zupełności wystarczyła rola zwierzchnika i dozorcy, który brał co zapragnął i pilnował, aby inwentarz nie wymknął mu się spod kontroli. Czy łzy siostry wywoływały w nim jakieś uczucia? Jeśli już to lekkie poirytowanie, bo przecież prowadzili tylko rozmowę, a ona zachowywała się jak gdyby własnoręcznie wyrwał jej serce z bijącej piersi.
Krew, krew, krew. Krew wzywa krew. Krew płaci za krew.
Mężczyzna zamrugał, wstał i podszedł do barku, stojącego przy oknie po prawej stronie biurka. Nalał sobie do kieliszka ognistej whiskey, nie odrywają butelki, dopóki naczynie nie zapełniło się w ponad połowie.
— Napijesz się? — zapytał siostrę, wrzucając do swojej szklanki kostkę lodu z magicznie schłodzonego garnuszka. Wątpił, by miała na to ochotę, choć bardzo chciał, żeby się zgodziła. Może po alkoholu jej dramatyzm udałoby się nieco stonować? Niezależnie od jej odpowiedzi, kontynuował, cały czas odwrócony do niej tyłem, patrząc na ponury widok za oknem.
— Mam trzydzieści trzy lata, Saro. Nie wiem, jakimi mrzonkami nasz drogi dadaidh* ładował ostatnimi czasy twoją główkę, ale nie zamierzam dopasowywać się do waszego wypaczonego poczucia lojalności. To, że nas spłodził, nie oznacza, że jesteśmy jego własnością i mamy być na każde jego skinienie. — odwrócił w końcu wzrok od okna, zaś w jego oczach płonęła czysta, niczym nie hamowana nienawiść. Sama wzmianka o ojcu sprawiała, że przed jego oczyma stawała twarz Diany, szczęśliwa, spłakana, przerażona, pełna litości. Gdyby mógł, starłby rodziciela z powierzchni ziemi, w zamian za cierpienie jakie ten, pospołu z rodzicami dziewczyny, mu zafundował. I to już nie chodziło o to, że Murtagh go nie rozumiał. Teraz rozumiał, dlaczego Macmillan senior zachował się tak a nie inaczej, nie pozwalając na ten mariaż. Część jego cieszyła się nawet, że Diana mogła pozostać dla niego młodzieńczą miłością, czystą i niewinną, bo nie miał żadnej pewności, że nie skończyłaby tak jak wiele innych kobiet, które poznał później. Oczarował, rozkochał w sobie, wyniósł na piedestał, po czym zrzucił z niego na samo dno, podeptał i słuchał ich jęków błagania, o litość. Lub o więcej. Tym niemniej, iskra nienawiści, którą podsycał w sobie przez te wszystkie lata, miała się w najlepsze i nie zamierzała przygasnąć. Gdyby dać jej szansę, mogłaby się nawet przerodzić w prawdziwą pożogę.
— Tobie natomiast chyba pasuje rola owieczki, która podąża za pasterzem tam, gdzie ten ją kijem przegoni. — zakończył jadowicie, wracając z alkoholem do biurka i siadając z powrotem na fotelu. Czy sprawiało mu przyjemność krzywdzenie siostry? Skoro tak przeszkadzał mu jej płacz, jej dramatyzm, to dlaczego wciąż wypowiadał słowa jak sztylety, wycelowane by dopiec, by zranić? Tak naprawdę sam do końca nie wiedział. Podświadomie, chciał ją chronić przed sobą samym, przed tym czym się stał jako dorosły człowiek, bo przecież ona nie wiedziała. Podejrzewała, widać to było z jej listów, ale nie wiedziała na pewno i nie do jakiego stopnia stał się wrakiem człowieka, moralnym rynsztokiem. A jeśli by ją ochronić, musiał ją wpędzić głębiej w objęcia tatuśka, jeśli nawet miała by wyjechać gdzieś i poślubić kogoś, kto odetnie ją od niego całkowicie, to cóż z tego? Dla siebie samego nie widział już ratunku, ale wciąż miał nadzieję, że uda mu się oszczędzić Sarah.
* - scot. gaelic "tatuś"