List, który otrzymała zaintrygował ją na tyle, że postanowiła pojawić się na spotkaniu. Chętnie przyjmowała zlecenia, bo uważała, że pieniądze nie śmierdzą, ale też nie spadały z nieba, więc trzeba było pracować, żeby móc nadal być obrzydliwie bogatym.
Pogoda była średnia, nie przeszkadzało to jednak pannie Yaxley w bieganiu po lesie. Musiała zlokalizować gniazdo druzgotków, bo dostała całkiem spore zlecenie na komponenty właśnie z tych stworzeń. Udało jej się znaleźć całkiem sporą grupę, zamierzała tam wrócić za kilka dni, żeby zapolować.
Pamiętała o spotkaniu, na które się umówiła. Dbała o to, żeby się nie spóźniać, bo wiedziała, że inni mogą cenić swój czas równie mocno, co ona. Nie znosiła zresztą czekać, także starała się zachowywać w ten sposób, który odpowiadałby temu, za czym i ona przepadała.
O dwudziestej pierwszej trzydzieści siedem drzwi Dziurawego Kotła otworzyły się dosyć gwałtowanie. Jak zawsze brakowało jej delikatności, uderzyły głośno o ścianę, a wszystkie oczy skierowały się w jej stronę. Wejście smoka. Uśmiechnęła się dosyć nerwowo, bo wcale nie chciała wzbudzić, aż takiego zainteresowania. Geraldine wyglądała jak zawsze - ubrana w skórzane spodnie, męską koszulę - najprawdopodobniej nie należała do niej, tylko do Thesa, albo Mellvyna, tak to jest jak się mieszka z mężczyznami. Włosy miała związane w długi warkocz. Jej buty dosyć głośno uderzały o podłogę, kiedy się poruszała. Musiały sporo ważyć. Była kobietą bardzo wysoką i wysportowaną.
Rozejrzała się po Kotle, szukając tego jeża z bananem, chociaż wątpiła w to, czy faktycznie była to prawda, bo brzmiało to nawet dla niej bardzo dziwnie. Jednak go wypatrzyła. Przy jednym stoliku siedział mężczyzna, na którego stole dostrzegła jeża i tego banana. No nic, udała się więc w jego kierunku. Przystanęła tuż przed Olliem i wyciągnęła rękę w jego stronę. - Geraldine Yaxley, miło mi poznać. - Bo wypadało się przecież przedstawić.