Rozrywał ją trudny do zniesienia ból.
Jedna milionowa wszechświata rozpadła się w drobny mak u jej stóp, oddając ją samą we władanie jednego z diabłów; coś nieodwołalnie w niej pękło, przykuło do ściany w niewielkim mieszkaniu, skłębiło się słowami w przełyku – nie była w stanie wyrazić niczego. Dźwięki kwitły na języku, wszystkie jednak były niewymowne, a ona sama – zamiast podnieść się z dumnie uniesionym podbródkiem – siedziała skulona pod ścianą atelier. I choć go nie kochała w pełni tego słowa, była od niego piekielnie uzależniona; od smaku jego ust, dłoni oplatających ją w talii, od każdych żarliwych kłótni aż po łagodne pogodzenie. Otuliła kolana wątłymi ramionami, wzbudzając falę gwałtownego szlochu. Była w tym stanie od dwóch dni; dwóch dni, które dłużyły się na miarę nieskończoności, wypowiadane staccato i buńczucznie jednocześnie.
Zdemolowana galeria mówiła sama za siebie. To tam zastał ją Louvain, ocierając grochy łez, toczące się po policzkach rzęsiście. Nie myślała jeszcze o remoncie galerii, o poukładaniu sobie całego życia na nowo – tak, jakby on nigdy nie istniał. Nie posiadała jeszcze w głowie planu zemsty, który miał zasiać swe ziarno majowym porankiem – póki co bytowała tak, jakby nie zostało jej już absolutnie nic.
Podniósłszy się z podłogi, pociągnęła nosem żałośnie jeszcze parę razy; było coś słusznego w teorii, jakoby miłość była jak wazon – raz zbita, nigdy nie powróci do pierwotnej formy. A ona przecież była zaklęta w patologicznej miłości do niego i choć nie było to uczucie szczere, zdrowe i płynące z wnętrza, nie potrafiła bez niego żyć.
Tak jej się wydawało tej chłodnej, kwietniowej nocy, gdy opatulona zimowym jeszcze szalem, szła do jej drzwi.
Stojąc przed mieszkaniem Severine, zawahała się sowicie. Unosiła wiele razy dłoń, chcąc zapukać w wielką, dębową powierzchnię – opuszczała ją jednak prędko. Przez myśli przebijało się tornado emocji, myśli i tego, co właśnie zaczęło w niej obumierać; nie wiedziała, czy jest gotowa spojrzeć komukolwiek prosto w oczy – była w końcu porzuconą narzeczoną i nie istniało w jej postrzeganiu nic bardziej wstydliwego, nic bardziej ujmującego.
Zapukała jednak wreszcie, a gdy ta otworzyła jej drzwi, wybuchła tylko gwałtownym szlochem. Ona zawsze wiedziała.
– Severine, on mnie zostawił. On wyjeżdża do Ameryki. On mnie porzucił – wydukała z siebie pojedynczymi słowami, brwi uginając w zmartwionym geście. – Czy ja jestem niewystarczająca? Co jest ze mną nie tak? – zadawała pytania, przerywane deszczami rzęsistych łez.
Gdy ta ją przepuściła w drzwiach, weszła prędko do salonu i odnalazłszy buteleczkę z charakterystyczną cieczą, chwyciła ją bez słów i pociągnęła solidny łyk laudanum. Nie uspokoiło jej to jednak dostatecznie, toteż poczęła krążyć po niewielkiej przestrzeni mieszkania.