Skrzywił się, gdy niespodziewanie nawiedziły go zawroty głowy. Starał się jednak nie pokazywać tego zbytnio po sobie, udając, że drapie się po czole, gdy w rzeczywistości rozmasowywał sobie lekko skroń. Gdzie nie spojrzał, widział ludzi; nieliczni siedzieli samotnie, większość gości zdążyła już sobie znaleźć towarzystwo. Nawet on miał przy sobie Perseusza i Mavelle, a jednak nie czuł się ani trochę bezpiecznie, chociaż zakładał, że kuzynka wypatrywała potencjalnych kłopotów z równie dużą wprawą co Brenna, jak i inni pracownicy Ministerstwa Magii obecni na przyjęciu.
Mimowolnie wbił spojrzenie w wiszący na niebie księżyc. Dalej czuł chęć, aby skłonić przed nim głową i zaszyć się w jakimś kącie z dala od ludzi. Jeden wieczór nie mógł zmienić tego, że od lat srebrny glob kojarzył mu się przede wszystkim z niebezpieczeństwami związanymi z przemianą i wszystkim, co się z tym wiązało. Brenna mogła czatować za ścianą, gdy dochodził do siebie po transformacji, jednak prawda była taka, że był sam ze sobą, jeśli chodziło o to, co faktycznie przeżywał każdej pełni. Wypuścił powoli powietrze z płuc.
— Polecam wizytę w gabinecie Vakela Dolohova — sarknął Longbottom, starając się nie brzmieć, jakby ironizował. Pomimo tego, że ich ścieżki przecięły się już parokrotnie, tak Erik dalej do końca nie wiedział, co siedzi w głowie wróżbity. A raczej w jakim stopniu otwarcie się tym dzielił ze swoimi gośćmi. — Ma bardzo dużą wiedzę na temat różnych interpretacji. Czy to wizja, czy to sen, czy to rzeczywistość.
Pokiwał głową. Zrobił tyle, ile mógł pośród tego całego szumu związanego z Beltane. Dalej nie potrafił wyjść ze zdumienia, jak bardzo jedno zdarzenie mogło wpłynąć na los tak wielu ludzi. Chociaż nie, nawet nie chodziło o ludzi. O całe instytucje. Po tym, co się stało w Dolinie Godryka, coraz więcej czarodziejów i czarownic zerkało nerwowo przez ramię, przykładało większą uwagę od tego, co działo się wokół nich na ulicy, w sklepie, czy w urzędzie pocztowym. Nikt nie chciał podzielić losu tych, którym nie udało się ujść w jednym kawałku z Polany Ognisk.
— Tylko tyle mogłem zrobić. Jeśli planujemy coś więcej, to trzeba będzie to dokładnie przemyśleć. Lepiej nie zwracać na siebie uwagi — kontynuował lekkim tonem.
Sięgnął po jeden z przyniesionych przez siebie napitków, jednak nie umoczył od razu ust w alkoholu. Zamiast tego ponownie zwrócił się ku nocnemu niebu, przyłapując się przy okazji na tym, że raz po raz rozprostowywał i zaciskał jedną ze swych dłoni. To nienaturalne, pomyślał przelotnie. Przynajmniej dla niego takie było. Ilekroć firmament gościł srebrnego gościa, tyle razy on porastał futrem. Niby tylko ciało niebieskie; tak bliskie, a zarazem tak bardzo odległe, a jednak miało na nich taki wpływ... Nie tylko na niego, ale i na innych likantropów. A oni nie mogli nic zrobić, jak tylko podporządkować się jego woli.
— Mam nadzieję, że lato będzie dla nas łaskawe — odezwał się niespodziewanie, pełnym nadziei głosem. — Wiosna była zdecydowanie zbyt intensywna jak na mój gust. Przydałaby się chwila oddechu, żeby znowu znaleźć swoje miejsce pośród tego wszystkiego.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞