Trochę go to zdenerwowało - te żarty rzucane jak gdyby nigdy nic, kiedy Bell się tutaj frustrował tak bardzo, że zaraz zacznie słaniać się po ziemi, nie mogąc wytrzymać napięcia płynącego od tych emocji wiszących pomiędzy nimi. Miał się teraz dowcipami przerzucać, miał zbierać te zaczepki, odbijać je w kierunku Caina uszczypliwym tonem, który takich jak on pchał prosto w cudze objęcia? Cios wymierzony w twarz i wymięta koszula - dla jednych to by się pewnie kojarzyło z koszmarem, dla kogoś na jego poziomie wyuzdania co najwyżej przez myśl przechodziło, że nie wszyscy musieli być winowaci jego grzechów i odmienności, więc może powinien się wstrzymać przed uznaniem, że mu się każdy po kolei będzie chciał oddawać. Jaka to w końcu była ta uciecha, czemu ktoś inny miał czuć się błogo w takich objęciach jak jego?
Wstrzymałby się. Jako The Edge by się wstrzymał! Tylko że Cain to lubił, przynajmniej kiedyś, może dlatego dotyk jego ręki na ramieniu, delikatność tego jak w ogóle go dotykał, nabierał kompletnie innego znaczenia. Myśli miał przy nim jednocześnie troskliwe, w takim ujęciu, że stara miłość nie rdzewiała, ale i kosmate - bo był tym człowiekiem, co zapominał twoje imię na kilka lat, a później śmiał się burzyć, marszczyć te ciemne brwi w złości, bo jak śmiałeś nie odpowiedzieć na zadane pytania, skoro on się wreszcie przemógł i do ciebie odezwał.
No i zmarszczył te brwi właśnie teraz. Bo już nie był tym nowym sobą, przemawiały przez niego stare nawyki.
- Przestań to mówić tak, jakby ci się to nie podobało.
Co z tego, że to ty musiałeś zrobić pierwszy krok? Crow bardzo lubił ludźmi manipulować - mówił „kocham cię” do tych, których nie kochał - jakie to miało znaczenie przecież. Wzajemność? Niektóre historie były po prostu o nim i o tym jak cienka granica dzieliła go od człowieka z pogranicza. Nie zamierzał na niego naciskać, bo nie lubił używać słów w ten sposób. Przy okazji nie czuł się już za niego odpowiedzialny. Kiedyś by na niego naparł o wiele bardziej niż teraz, aż by go po tym pniu przesunął, żeby się wyraźnie poczuł w sytuacji bez wyjścia, w której musiał się wypowiadać ze wszystkich grzechów, albo to nie skończy się dobrze. A teraz? Teraz puścił nawet bez proszenia o to, odsunął się nawet na krok, mierząc Bletchleya z lekką niechęcią, ale nie taką wymierzoną w niego.
Atreus Bulstrode. Aż mu się słodko zrobiło w ustach na samo wspomnienie tego „pobicia się z jakimś gościem, który prześladował dzieci” - co za kurwiszon, skończona menda, przekląłby teraz całe to spierdolone Biuro Aurorów, bo musiały tam pracować kompletne dysmózgi.
- Zajebistych masz znajomych, Cain - przeszedł się na kilka kroków, okrążając go przy tym drzewie, jakby się miał zaraz na niego rzucić i coś w tym chyba było, bo już go dreszcze brały, kiedy do niego docierało, jak dobrze pamiętał zapach jego ciała. Szybko do niego wróciła taka myśl, co mu ją niegdyś rzuciła ta jego była pani, że gdyby się czasem przez te lata nie zapomnieli w tym, że się kochają, to by już nie byli w sobie zakochani. Czuło się takie rzeczy po powrocie kogoś z przeszłości do tu i teraz - niewyczerpana namiętność i to, że mieli sobie aż za dużo do powiedzenia. Bletchley trafił na coś o wiele gorszego niż brak wzajemności - wzajemność przy jednoczesnej niemożliwości posiadania kogoś na wyłączność. I to już drugi raz!
- Promienieję jako prześladowca dzieci? - Warknął gorzko. Prawda była taka, że on się po prostu z nimi bawił. I jakkolwiek to brzmiało - on dzieci po prostu lubił, nie widział żadnego powodu do krzywdzenia ich i karania za błędy. Gdyby mu było dane, to by je wszystkie spróbował ochronić przed nieszczęściami, które spotkały jego, ale nie potrafił. - Jeżeli ten wasz głowonóg spróbuje skrzywdzić moją rodzinę, albo napaść mnie jeszcze raz, to przysięgam, że utnę mu łeb, choćbym miał być za to skazany na pocałunek Dementora. - Nie żartował. - Głowonóg - tępe niezasługujące na dalsze życie ścierwo - wyjaśnił mu „trudne słowo”. - Nawet nie próbuj tego psychopaty zasranego bronić.
Zatrzymał się wreszcie. Dmuchnął sobie w grzywkę, ale gówno to dało - czarne pukle wciąż opadały mu na czoło, bo nie zaczesał ich dzisiaj do tyłu, nie spodziewając się żadnego gościa...
- Nie jestem wkurwiony na ciebie... - Dodał po chwili, bo do niego dotarło, że wraz z pewnością siebie nabrał szorstkości. A później przypomniał sobie (trzeci raz dzisiaj, ha) - Bletchley i tak zawsze wszystko wiedział. Rozumiał go bardziej niż ktokolwiek w jego życiu. - Miałeś rację, wcześniej. - Przyznał, ale niechętnie. - To nie był do końca mój wybór.
Wstrzymałby się. Jako The Edge by się wstrzymał! Tylko że Cain to lubił, przynajmniej kiedyś, może dlatego dotyk jego ręki na ramieniu, delikatność tego jak w ogóle go dotykał, nabierał kompletnie innego znaczenia. Myśli miał przy nim jednocześnie troskliwe, w takim ujęciu, że stara miłość nie rdzewiała, ale i kosmate - bo był tym człowiekiem, co zapominał twoje imię na kilka lat, a później śmiał się burzyć, marszczyć te ciemne brwi w złości, bo jak śmiałeś nie odpowiedzieć na zadane pytania, skoro on się wreszcie przemógł i do ciebie odezwał.
No i zmarszczył te brwi właśnie teraz. Bo już nie był tym nowym sobą, przemawiały przez niego stare nawyki.
- Przestań to mówić tak, jakby ci się to nie podobało.
Co z tego, że to ty musiałeś zrobić pierwszy krok? Crow bardzo lubił ludźmi manipulować - mówił „kocham cię” do tych, których nie kochał - jakie to miało znaczenie przecież. Wzajemność? Niektóre historie były po prostu o nim i o tym jak cienka granica dzieliła go od człowieka z pogranicza. Nie zamierzał na niego naciskać, bo nie lubił używać słów w ten sposób. Przy okazji nie czuł się już za niego odpowiedzialny. Kiedyś by na niego naparł o wiele bardziej niż teraz, aż by go po tym pniu przesunął, żeby się wyraźnie poczuł w sytuacji bez wyjścia, w której musiał się wypowiadać ze wszystkich grzechów, albo to nie skończy się dobrze. A teraz? Teraz puścił nawet bez proszenia o to, odsunął się nawet na krok, mierząc Bletchleya z lekką niechęcią, ale nie taką wymierzoną w niego.
Atreus Bulstrode. Aż mu się słodko zrobiło w ustach na samo wspomnienie tego „pobicia się z jakimś gościem, który prześladował dzieci” - co za kurwiszon, skończona menda, przekląłby teraz całe to spierdolone Biuro Aurorów, bo musiały tam pracować kompletne dysmózgi.
- Zajebistych masz znajomych, Cain - przeszedł się na kilka kroków, okrążając go przy tym drzewie, jakby się miał zaraz na niego rzucić i coś w tym chyba było, bo już go dreszcze brały, kiedy do niego docierało, jak dobrze pamiętał zapach jego ciała. Szybko do niego wróciła taka myśl, co mu ją niegdyś rzuciła ta jego była pani, że gdyby się czasem przez te lata nie zapomnieli w tym, że się kochają, to by już nie byli w sobie zakochani. Czuło się takie rzeczy po powrocie kogoś z przeszłości do tu i teraz - niewyczerpana namiętność i to, że mieli sobie aż za dużo do powiedzenia. Bletchley trafił na coś o wiele gorszego niż brak wzajemności - wzajemność przy jednoczesnej niemożliwości posiadania kogoś na wyłączność. I to już drugi raz!
- Promienieję jako prześladowca dzieci? - Warknął gorzko. Prawda była taka, że on się po prostu z nimi bawił. I jakkolwiek to brzmiało - on dzieci po prostu lubił, nie widział żadnego powodu do krzywdzenia ich i karania za błędy. Gdyby mu było dane, to by je wszystkie spróbował ochronić przed nieszczęściami, które spotkały jego, ale nie potrafił. - Jeżeli ten wasz głowonóg spróbuje skrzywdzić moją rodzinę, albo napaść mnie jeszcze raz, to przysięgam, że utnę mu łeb, choćbym miał być za to skazany na pocałunek Dementora. - Nie żartował. - Głowonóg - tępe niezasługujące na dalsze życie ścierwo - wyjaśnił mu „trudne słowo”. - Nawet nie próbuj tego psychopaty zasranego bronić.
Zatrzymał się wreszcie. Dmuchnął sobie w grzywkę, ale gówno to dało - czarne pukle wciąż opadały mu na czoło, bo nie zaczesał ich dzisiaj do tyłu, nie spodziewając się żadnego gościa...
- Nie jestem wkurwiony na ciebie... - Dodał po chwili, bo do niego dotarło, że wraz z pewnością siebie nabrał szorstkości. A później przypomniał sobie (trzeci raz dzisiaj, ha) - Bletchley i tak zawsze wszystko wiedział. Rozumiał go bardziej niż ktokolwiek w jego życiu. - Miałeś rację, wcześniej. - Przyznał, ale niechętnie. - To nie był do końca mój wybór.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.