Było miejsce na różne atrakcje w życiu średnio poprawnego Caina Bletchleya, który według takiej Brenny miał wielkie, dobre serce. Może tak było - nie kolidował z tym przekonaniem, bo nie wyciągał jeszcze tego serca ze swojej klatki piersiowej, żeby się o tym przekonać i wolał, żeby jednak pozostało na swoim miejscu, a jego pozostawiło w błogiej nieświadomości. Wymięta koszula i plaskacz na dzień dobry zaliczał się do tych przyjemności, które czynić można było za zamkniętymi drzwiami. Albo niech i tak będzie - nawet tutaj, pod sosenką, o którą został oparty - i tak już został. Taki trochę byle jaki, albo taki trochę spokojny. Trochę żartujący, a w istocie przecież całkiem smutny. Frustracja kipiała z Edga i kropelkami żrącego kwasu rosiła trawę dookoła. Ciekawe, że nie raniła jego. Że jego palce nie zaciskały się mocniej, że z tego nadmiaru emocji to nie on był tym, który uniósł pierwszy rękę. Cain więc zamieniał to, co mogło być powiedziane śmiertelnie poważnie w słowa lekkiego tonu, żartobliwego zabarwienia, bo ze wszystkich atrakcji danej sytuacji wcale nie chciał wpadać w ramiona czarnowłosego. Nie dlatego, że niczego do niego nie czuł, że nie był pociągający, że te jego pieskie oczy wpatrzone w niego z mieszanką uczuć nie robiły na nim wrażenia, albo że jego ciało nie pamiętało jego gestów. To było znacznie prostsze, niż w główce Edga mogło się to poukładać. Bo układało, prawda? Zapewne pomknie w kierunku tej ciążącej niepewności siebie samego. Niewystarczająco dobry, niewystarczająco kochany, zawsze opuszczony. Szmata do podłogi, jak to siebie nazywał, albo jak to nazywali go inni. Czemu więc ktoś miałby się czuć tam błogo..? Rusz głową, Kochanie. I to tym razem rusz nią nie pomiędzy nogami.
Podobało mu się, kiedy Edge zaczynał się odzywać. Na różne sposoby. Mógł się plątać w tych słowach, w połowie zdania zapominać co miał powiedzieć, albo budzić się w niepewności czy to, co mówi ma sens, albo czy, no nie wiem, na pewno jest właściwe na dany moment wobec tego, co odczuwał i wobec osób, które go otaczały. Mógł więc marszczyć swoje brwi, mógł brzmieć szorstko, albo wręcz przeciwnie - bardzo słabo. Ton jego głosu i mimika potrafiły być sinusoidą, która za nic nie chciała być wymierna w równości. Odchyły raz były malutkie, raz szalenie wielkie, a znalezienie osi i jakiejś równości? Może kiedyś. Może wtedy, kiedy naprawdę mógł powiedzieć, że go zna. Mijały chwile, minuty, a mężczyzna pokazywał mu, że może nie zmieniło się wcale tak wiele, jakby podejrzewał. Albo zmiany były bardziej niedostrzegalny gołym okiem. Na całe szczęście Cain miał tych oczu aż troje, z czego jedno (dzięki bogom) nie wyrosło mu na czole. To jego pole marsowe, które teraz stworzyło się na czole Flynna między zmarszczonymi brwiami, było tak samo urocze jak i ostrzegające przed napiętymi nerwami.
- Moje serce to nie jest twój penis, Flynn. Nie służy do zabawy. - Odpowiedział całkiem poważnie. Albo i nie? Różnicą między tym zdaniem a poprzednimi było to, że tym razem się nie uśmiechnął, kiedy tak odważnie mężczyzna wspomniał o tym, że mu się to nie podobało. Oczywiście, że podobało. Ale tam. A dziś byli tu. W punkcie podzielonego czasu, gdzie nie łączyła ich już ta nić... nie. Ich może nie. Był naprawdę bardzo żałosną istotą, że się tu zjawił. Co ty robisz, Bletchley... eeech... Idź po rozum do głowy. Ano właśnie - manipulant. Flynn był małym manipulantem. Albo i wielkim. Może to żałosne pożegnanie w jego wykonaniu było tak naprawdę zwykłą grą, jedną z wielu, żeby go szukał i żeby nie zapomniał, bo najlepiej zapamiętuje się gorzkie rozstania? Jeśli tak to naprawdę zasłużył na plaskacza. Serce było jednak głupie i wierzyć w to nie chciało. Nie zrobiłby czegoś takiego. Tak jak nie wierzyło, że Flynn opuściłby je tak po prostu, ze znudzenia, a nie dlatego, że stało się coś złego. Gdyby miał okazję obserwować tę scenę z boku to chyba umarłby z krindżu i przesytu patosu, śmiałby się z samego siebie. Ale tak to już jest, kiedy to serce rządzi, a mózg tylko powstrzymuje je przed głupotkami i narażeniem się na kolejną dawkę bólu.
Wyprostował koszulę i nieco przesunął się plecami w górę, żeby się wyprostować, zgiąć jedną nogę w kolanie, oprzeć podeszwę o pień za sobą. Obserwował. Wodził za nim spojrzeniem, a kiedy znikał mu z pola widzenia - czekał. Wyglądał jak wilk podziwiający sarenkę na wystawie, chociaż z Caina żadna sarenka nie była i za takową się nie poczuwał. Nie lubił jednostronnych zabaw i nie lubił monotematyczności. Ale na pewno lubił wychodzić naprzeciwko oczekiwaniom Flynna - nie ważne, czy na miękkim łóżku czy stole kuchennym. Ale - hej, tu i teraz? Coś było w tym, że kiedy wystarczająco się natęsknisz to potem tym mocniej wyczekujesz momentu, kiedy będziesz mógł się z powrotem do źródła swojej tęsknoty zbliżyć. Ruch Flynna był jak ruch wahadełka - hipnotyzujące. Wystarczyło, żeby zrobił jeden kruk i dla Caina było to jak wprawienie jednej kulki Newtona w ruch. Nie potrzebował więcej - ku swojemu utrapieniu. Nie skomentował zajebistości swoich znajomych. W końcu znajomości Bletchleya pozostawały wiele do życzenia i przechodziły od najlepszych ludzi tego świata po najgorsze mendy z Nocturna.
- No już. - Odezwał się łagodnie, jakby samym tonem mógł ukoić i ugłaskać tę gorycz, jaka pojawiła się w jego głosie, kiedy się odezwał. - Jako ich opiekun, Flynn. Przecież widzę, że znalazłeś swój zalążek rodziny. - A przynajmniej tak to wyglądało, kiedy patrzył, jak mężczyzna siedział z tymi dziatkami, gotów o nie dbać, opiekować się nimi, kiedy mówił o tych ludziach, żeby niczego im nie robił, że na nic złego nie zasłużyli. Był z nimi połączony. Te nici wydawały się wiązać go z każdym, kogo mijali, gdy ciągnął go do lasu. I takim sposobem Flynn się uniósł na Atreusa i to "prześladowanie dzieci", które Cain rzucił raczej w ramach opisania sytuacji od strony Atreusa, a Cain... no dobra, nie powiem, że BARDZO CHCIAŁ się powstrzymać, bo jakby bardzo chciał i sytuacja tego wymagała to tak by się stało. Tymczasem próbował tylko trochę, więc jego kąciki ust zadrgały, uniosły się, wyżej i wyżeej... A kiedy już pojawiła się puenta z bronieniem to wybuchnął śmiechem. GŁOWONÓG. Co to w ogóle był za tekst?! Och, jak on za tym tęsknił... Jak funkcjonowała głowa Flynna - nigdy tego nie odgadł, ale przy nim nie dało się nudzić. Zawsze zaskakiwał. Zawsze był zabawny z tymi swoimi frustracjami i wyzwiskami. Bronienie tutaj było ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby Cainowi do głowy, bo w gruncie rzeczy ten konflikt między panami go nie interesował. Nie po to tu przyszedł, żeby to wyjaśniać, a i co do wyjaśniania było? Atreus był bardzo impulsywny, Flynn nie miał w zwyczaju wielce się tłumaczyć. Ot i się stało. Dali sobie po mordach - trudno, life goes on.
Odetchnął głęboko, kiedy przestał się śmiać i spojrzał na tego człowieka przed nim z błyszczącymi od ciepła i śmiechu oczami. Tak, stare nawyki nie umierały i automatycznie podniósł rękę, żeby przesunąć palcami po włosach mężczyzny i ściągnąć ten kosmyk do tyłu. Ale bardzo szybko rękę cofnął. I chociaż mógł rzucić kolejnym żartem, tak w swoim stylu, na jego następne słowa to tego nie zrobił.
- Mam nadzieję, że masz teraz trochę więcej wiary niż wtedy. - Jeśli nie w siebie to w ludzi dookoła. Cain był pewien, że może mu to dać - tę wiarę. Że może być tym stałym punktem, na którym wtedy znany pod pseudonimem Crow będzie mógł się oprzeć. Niestety - nie uwierzył w siebie, nie uwierzył też w niego. Ta odpowiedź nie pojawiła się od razu, bo w zasadzie było wiele słów przesuwających się przez głowę Caina będących echem wspomnień tego, co było. Żadne nie wydawało się odpowiednie na tę chwilę. - Chcesz mi o tym opowiedzieć? - Zadał więc pytanie akceptując każdą odpowiedź. Jak zawsze. Flynn mógł pluć słowami, jakimi niemal popadnie, a mógł po prostu milczeć - Cain był cierpliwy. Mógł poczekać, aż zechce opowiedzieć, bo w jego mniemaniu jeśli chodzi o Crowa to była kwestia czasu. Potrzebował po prostu czasu, żeby sobie wszystko ułożyć w głowie i emocjach, jakie nim targały. - Całkowicie odsunąłeś się od Nocturna? Zostałeś... cyrkowcem? - Brzmiało to kompletnie egzotycznie.