Snute przed rokiem plany doczekały się spełnienia. Była to obietnica, której bardzo chciał dotrzymać. Spełnienie jej odciągnęło się sporo w czasie, bo aż do tegorocznej zimy. Ta pora roku bardzo sprzyjała zagranicznym wyjazdom, zwłaszcza do ciepłych krajów. Nie chodziło mu tylko o ucieczkę z zimowej Anglii do prawdziwego raju. Ta wycieczka może być wyjątkowo udana, ponieważ spędzi ją w towarzystwie Laurenta. Uważał, że on powinien wyściubić nos poza swoje ukochane New Forest i zobaczyć kawał świata. Philip dobrze wiedział, że Tajlandia bardzo mu się spodoba. Oby tylko nie za bardzo, bo mógłby zapragnąć tam pozostać na zawsze, ulegając w końcu zewowi wzywającego go morza. Po części rozumiał taką pokusę, bo tutaj było naprawdę pięknie.
Idąc samemu po tej plaży delikatnie uśmiechał się, z dołeczkami w policzkach. Kierował się w stronę tamtej restauracji, chłonąc po drodze wszystkie widoki i spoglądając co rusz na idącego przed nim Laurenta. Sam miał na sobie niebieską hawajską koszulę z krótkim rękawem, również rozpiętą, a także nosił białe szorty. Noszone przez siebie klapki teraz trzymał w dłoniach i przez to z każdym krokiem czuł pod stopami chrzęszczący złocisty piasek. Rzucało się w oczy to jak bardzo jego towarzysz wychudł, czym też zamierzał się zająć podczas tego wyjazdu. Tajska kuchnia była przepyszna. Podczas tego wyjazdu będą mogli także zapomnieć o wszystkim. Zwłaszcza to dotyczyło Laurenta, mającego za sobą ciężki rok.
— Nie przestawaj śpiewać — Wymruczał do niego, uznając że słuchanie śpiewu Laurenta pogłębiało obecną tutaj magię, czyniło wszystko lepszym. Mógłby słuchać jego śpiewu godzinami. Gdyby był żeglarzem to po usłyszeniu takiej pieśni z pewnością zapragnął rzucić się w morską toń. Zamiast tego dawał pociągnąć się do błogiego odpoczynku pod palmami. Ten śpiew wystarczył, aby Laurent stał się głównym punktem tego wieczoru, skupiając na sobie całą jego uwagę pod wpływem rzuconego przez niego czaru. Miał do niego niekwestionowaną słabość.