13.11.2022, 13:22 ✶
Czternaście lat.
Z jednej strony dobrze - jeśli Martę zamordował jakikolwiek uczeń, dawno już ukończył Hogwart.
Z drugiej źle - jeżeli był to nauczyciel, wciąż mógł tu uczyć. A ten morderca szaleć poza murami szkoły.
Florence przygryzła kciuk, milcząc dość długo, zamyślona. W jej Krukońskiej głowie obracały się już różne możliwości sprawdzenia, czy mordercę złapano, jakie były podejrzenia i ile z tego, co mówiła Marta, stanowiło prawdę. Duchy w końcu też mogły kłamać. Istniała również szansa, że dziewczyna po prostu przekręcała całą sytuację, wydawała się mieć pewne zaburzenia...
- Niekoniecznie. Skąd wielki gad w Hogwarcie? Żółte oczy mogły być też rezultatem zaklęcia zmieniającego wygląd, metamorfomagii albo w istocie błyskiem czaru o żółtym zabarwieniu. Chociaż morderczy czar powinien raczej zostawić zielony błysk. - William był znacznie bliższy prawdy niż ona, ale na podstawie obecnych danych Florence nie chciała stawiać żadnych wniosków. Zresztą miała wrażenie, że gdyby gad pogryzł Martę albo ją zjadł, to akurat to powinna zapamiętać.
Z trudem powstrzymała wzdrygnięcie.
- Szeleszczący język to mogłyby być też jakieś inkantacje do... sama nie wiem, rytuału? - zastanowiła się. Mowa węży raczej nie była pierwszym, co przychodziło jej do głowy. Nie znała żadnego Gaunta, ta rodzina w końcu nieomal wyginęła, a córki pochodzące z tego rodu rzadko chwaliły się umiejętnością wężomowy.
Spojrzała wreszcie na Williama. Zdawała się zapominać o samej Marcie, zbyt skupiona jej śmierć - i może przez to Jęcząca Marta nadymała się coraz bardziej, a przed wybuchem powstrzymywało ducha tylko to, że Lestrange był tuż obok i wykazywał takie zainteresowanie jej śmiercią...
- Myślę, że nic nam nie powiedzą. A raczej usłyszymy, że doszło do wypadku i wszystko wyjaśniono - oświadczyła stanowczo. Sprawa była nazbyt świeża, aby nauczyciele życzyli sobie, by uczniowie ją rozkopywali. Florence zaś, choć zwykle mało zainteresowana cudzymi sprawami, które mogły odciągnąć ją od nauki, tu nawet się zaciekawiła. Chodziło w końcu o morderstwo. I zagadkę. Krukoni lubili zagadki. Jeśli nie byli w nich dobrzy za to, bardzo często musieli nocować przed drzwiami Pokoju Wspólnego, jak kiedyś już się jej zdarzyło. Raz na szczęście - wstydziła się tego, że nie odgadła odpowiedzi na pytanie strażnika Pokoju, do tej pory. - Ale skoro mamy rok i imię, na pewno znajdziemy coś w archiwalnych numerach gazet.
W końcu chodziło o morderstwo w Hogwarcie.
A to, czego w gazetach nie napisali, mogło powiedzieć im równie wiele, co to, co nie zostało tam zapisane.
- Ale na razie chyba powinniśmy stąd wyjść. Tej wody jest coraz więcej - oceniła, spuszczając wzrok na wilgotną posadzkę. Jeszcze trochę i zacznie się im wlewać do butów. - Proszę, uważaj na próg - oznajmiła z powagą, wyciągając różdżkę, by zdjąć zaklęcie blokujące z drzwi.
Z jednej strony dobrze - jeśli Martę zamordował jakikolwiek uczeń, dawno już ukończył Hogwart.
Z drugiej źle - jeżeli był to nauczyciel, wciąż mógł tu uczyć. A ten morderca szaleć poza murami szkoły.
Florence przygryzła kciuk, milcząc dość długo, zamyślona. W jej Krukońskiej głowie obracały się już różne możliwości sprawdzenia, czy mordercę złapano, jakie były podejrzenia i ile z tego, co mówiła Marta, stanowiło prawdę. Duchy w końcu też mogły kłamać. Istniała również szansa, że dziewczyna po prostu przekręcała całą sytuację, wydawała się mieć pewne zaburzenia...
- Niekoniecznie. Skąd wielki gad w Hogwarcie? Żółte oczy mogły być też rezultatem zaklęcia zmieniającego wygląd, metamorfomagii albo w istocie błyskiem czaru o żółtym zabarwieniu. Chociaż morderczy czar powinien raczej zostawić zielony błysk. - William był znacznie bliższy prawdy niż ona, ale na podstawie obecnych danych Florence nie chciała stawiać żadnych wniosków. Zresztą miała wrażenie, że gdyby gad pogryzł Martę albo ją zjadł, to akurat to powinna zapamiętać.
Z trudem powstrzymała wzdrygnięcie.
- Szeleszczący język to mogłyby być też jakieś inkantacje do... sama nie wiem, rytuału? - zastanowiła się. Mowa węży raczej nie była pierwszym, co przychodziło jej do głowy. Nie znała żadnego Gaunta, ta rodzina w końcu nieomal wyginęła, a córki pochodzące z tego rodu rzadko chwaliły się umiejętnością wężomowy.
Spojrzała wreszcie na Williama. Zdawała się zapominać o samej Marcie, zbyt skupiona jej śmierć - i może przez to Jęcząca Marta nadymała się coraz bardziej, a przed wybuchem powstrzymywało ducha tylko to, że Lestrange był tuż obok i wykazywał takie zainteresowanie jej śmiercią...
- Myślę, że nic nam nie powiedzą. A raczej usłyszymy, że doszło do wypadku i wszystko wyjaśniono - oświadczyła stanowczo. Sprawa była nazbyt świeża, aby nauczyciele życzyli sobie, by uczniowie ją rozkopywali. Florence zaś, choć zwykle mało zainteresowana cudzymi sprawami, które mogły odciągnąć ją od nauki, tu nawet się zaciekawiła. Chodziło w końcu o morderstwo. I zagadkę. Krukoni lubili zagadki. Jeśli nie byli w nich dobrzy za to, bardzo często musieli nocować przed drzwiami Pokoju Wspólnego, jak kiedyś już się jej zdarzyło. Raz na szczęście - wstydziła się tego, że nie odgadła odpowiedzi na pytanie strażnika Pokoju, do tej pory. - Ale skoro mamy rok i imię, na pewno znajdziemy coś w archiwalnych numerach gazet.
W końcu chodziło o morderstwo w Hogwarcie.
A to, czego w gazetach nie napisali, mogło powiedzieć im równie wiele, co to, co nie zostało tam zapisane.
- Ale na razie chyba powinniśmy stąd wyjść. Tej wody jest coraz więcej - oceniła, spuszczając wzrok na wilgotną posadzkę. Jeszcze trochę i zacznie się im wlewać do butów. - Proszę, uważaj na próg - oznajmiła z powagą, wyciągając różdżkę, by zdjąć zaklęcie blokujące z drzwi.