13.11.2022, 13:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.11.2022, 14:03 przez Brenna Longbottom.)
Brenna przypatrywała się Castielowi z przymrużonymi oczyma, jakby zastanawiała się, czy mówił poważnie, czy tylko sobie z niej żartował. Ale jak mogłaby uprzeć się takiej pokusie? W najgorszym razie poogląda książki, które tu trzymał – a w uwielbieniu wobec ksiąg niemalże dorównywała Krukonom.
- Myślę, że zdołam ją przekonać. Jeżeli nie zadziałają argumenty w rodzaju „tylko ty będziesz miała na sobie spodnie, więc zobaczysz, że staniesz się centrum zainteresowania”, to w końcu ustąpi tylko po to, żebym dała jej spokój – oświadczyła, zsuwając się z krzesła, aby usiąść na środku pokoju i zacząć faktycznie przeglądać porozkładane tu i ówdzie książki. Zerkała na tytuły i przy okazji faktycznie sprawdzała, czy któraś z nich nie okaże się trudna do dotknięcia.
- Nie wypada oskarżać o takie rzeczy gości – powiedziała, na moment zwracając ku niemu spojrzenie. Ano, musiała czasem wykazać się dyplomacją. Poza tym Brenna naprawdę nie chciała wierzyć w złe intencje. – Ale niech ci będzie, biorę to pod uwagę. Nie tyle nawet chodzi o wpływy, co… mój dziadek ma swoich wrogów, a niektórzy nie są zachwyceni popularnością mojego brata. Chociaż w przypadku sukienki naprawdę spodziewałam się raczej głupiego dowcipu, nie chęci zaszkodzenia nam. I po prawdzie, raz się zdarzyło, że przeklęty przedmiot przekazał mój własny wujek… wcale nie chciał nam zaszkodzić, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, co kupił.
Do tej pory wprawdzie przypadek z broszą o wujka był najbardziej niebezpiecznym, jaki się im przydarzył, Longbottom wolała jednak dmuchać na zimne. Byli też oczywiście śmierciożercy. Ale o tym, że o ich potencjalnych poczynaniach i knuciach Brenna myślała nieomal nieustannie, że nawet planując ten bal robiła wszystko, by upewnić się, że goście nie staną się obiektem ataku, nie rozmawiała z nikim. Nie tylko z przyjaciółmi, ale tez bratem, najbliższą jej osobą, i z matką.
Zamarła, z jedną z książek w ręku, kiedy zauważyła, że Castiel rzucił jakieś zaklęcie. Już nie przeglądała radośnie jego księgozbioru, a obserwowała jego poczynania, z nową czujnością. Wolną dłonią jakoś odruchowo sięgnęła po różdżkę: nie, nie z powodu Castiela, jej wzrok był utkwiony w naszyjniku. Najwyraźniej z powodu jego poczynań zaczęła się spodziewać, że z kryształków zaraz wyjdzie jakiś demon z wielkimi zębami.
Demona nie było, ale coś się stało.
Poderwała się z miejsca, dopadając Flinta. Książka została upuszczona, a sama Brenna schwyciła go za nadgarstek, nie dotykając samej dłoni, za to szepcąc nad nią jedno z podstawowych zaklęć rozpraszających. Na wszelki wypadek.
– Nic ci nie jest? Trzeba uzdrowiciela? – spytała jednym tchem, pochylając się i upewniając, czy na ręku nie zostały żadne rany. Albo czy o zgrozo, nie uschła, podobno niektóre klątwy tak działały. Wyrzuty sumienia chyba by ją zabiły, bo sama mu ten naszyjnik tutaj przyniosła. Ślad po oparzeniu nie był taki zły, ale i tak paskudny. – Do licha, wiedziałam, że coś z nim jest nie tak… I nie, nikt go nie nosił, nie pozwoliłam go nawet dotykać, badałam go sama.
O tym, że gdyby nie zdołała znaleźć klątwołamacza, który zechciałby zajrzeć na przedmiot, zapewne i owszem, założyłaby naszyjnik, by się upewnić na sobie, czy kogoś innego nie zabije, wolała nie wspominać.
– Będę musiała złożyć wizytę panu Hunchinsowi – mruknęła, prostując się. O tak, ofiarodawca będzie miał wielkie, wielkie kłopoty, jeśli nie udowodni, że nic nie wiedział o tej klątwie… i to nie tyleż z wkurzoną Brenną, co z Brygadzistką.
- Myślę, że zdołam ją przekonać. Jeżeli nie zadziałają argumenty w rodzaju „tylko ty będziesz miała na sobie spodnie, więc zobaczysz, że staniesz się centrum zainteresowania”, to w końcu ustąpi tylko po to, żebym dała jej spokój – oświadczyła, zsuwając się z krzesła, aby usiąść na środku pokoju i zacząć faktycznie przeglądać porozkładane tu i ówdzie książki. Zerkała na tytuły i przy okazji faktycznie sprawdzała, czy któraś z nich nie okaże się trudna do dotknięcia.
- Nie wypada oskarżać o takie rzeczy gości – powiedziała, na moment zwracając ku niemu spojrzenie. Ano, musiała czasem wykazać się dyplomacją. Poza tym Brenna naprawdę nie chciała wierzyć w złe intencje. – Ale niech ci będzie, biorę to pod uwagę. Nie tyle nawet chodzi o wpływy, co… mój dziadek ma swoich wrogów, a niektórzy nie są zachwyceni popularnością mojego brata. Chociaż w przypadku sukienki naprawdę spodziewałam się raczej głupiego dowcipu, nie chęci zaszkodzenia nam. I po prawdzie, raz się zdarzyło, że przeklęty przedmiot przekazał mój własny wujek… wcale nie chciał nam zaszkodzić, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, co kupił.
Do tej pory wprawdzie przypadek z broszą o wujka był najbardziej niebezpiecznym, jaki się im przydarzył, Longbottom wolała jednak dmuchać na zimne. Byli też oczywiście śmierciożercy. Ale o tym, że o ich potencjalnych poczynaniach i knuciach Brenna myślała nieomal nieustannie, że nawet planując ten bal robiła wszystko, by upewnić się, że goście nie staną się obiektem ataku, nie rozmawiała z nikim. Nie tylko z przyjaciółmi, ale tez bratem, najbliższą jej osobą, i z matką.
Zamarła, z jedną z książek w ręku, kiedy zauważyła, że Castiel rzucił jakieś zaklęcie. Już nie przeglądała radośnie jego księgozbioru, a obserwowała jego poczynania, z nową czujnością. Wolną dłonią jakoś odruchowo sięgnęła po różdżkę: nie, nie z powodu Castiela, jej wzrok był utkwiony w naszyjniku. Najwyraźniej z powodu jego poczynań zaczęła się spodziewać, że z kryształków zaraz wyjdzie jakiś demon z wielkimi zębami.
Demona nie było, ale coś się stało.
Poderwała się z miejsca, dopadając Flinta. Książka została upuszczona, a sama Brenna schwyciła go za nadgarstek, nie dotykając samej dłoni, za to szepcąc nad nią jedno z podstawowych zaklęć rozpraszających. Na wszelki wypadek.
– Nic ci nie jest? Trzeba uzdrowiciela? – spytała jednym tchem, pochylając się i upewniając, czy na ręku nie zostały żadne rany. Albo czy o zgrozo, nie uschła, podobno niektóre klątwy tak działały. Wyrzuty sumienia chyba by ją zabiły, bo sama mu ten naszyjnik tutaj przyniosła. Ślad po oparzeniu nie był taki zły, ale i tak paskudny. – Do licha, wiedziałam, że coś z nim jest nie tak… I nie, nikt go nie nosił, nie pozwoliłam go nawet dotykać, badałam go sama.
O tym, że gdyby nie zdołała znaleźć klątwołamacza, który zechciałby zajrzeć na przedmiot, zapewne i owszem, założyłaby naszyjnik, by się upewnić na sobie, czy kogoś innego nie zabije, wolała nie wspominać.
– Będę musiała złożyć wizytę panu Hunchinsowi – mruknęła, prostując się. O tak, ofiarodawca będzie miał wielkie, wielkie kłopoty, jeśli nie udowodni, że nic nie wiedział o tej klątwie… i to nie tyleż z wkurzoną Brenną, co z Brygadzistką.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.