Obiecała sobie, że nie będzie patrzeć na niknący za horyzontem ląd, na grzywy fal rozbijające się o masyw statku, na chybotliwe w swoich ryzach kieliszki, tańczące w rytm morskiej toni, w którą zostały zaklęte. Miały spędzić parę dni na statku; parę dni pełnych alkoholowej rozpusty i podziwiania niebytu – czym innym wszakże były fale morskie i bryza, która skrapiała się drobnymi grochami na obliczach? Dopiero, gdy straciła z pola widzenia ziemię, poczuła coś dławiącego wewnątrz.
Ten plan był nieodwołalny.
Matka Leandra nigdy jej nie lubiła i zdawać by się mogło, iż nie mogła zapamiętać jej długiego imienia – Loretta – bo za każdym razem nazywała ją „tamtą”. A ona, skąpana w blasku egalitaryzmu, nie potrafiła pojąć, jak daleka była od wyobrażeń synowej najukochańszego spośród potomków – Leander był pierdolniętym psychopatą, a jednak w oczach matki był zawsze tym kruchym, chorowitym synem, nad którym rozciągała całun opiekuńczości. A dusza Loretty była trychotomiczna; z jednej strony była pogodną trzpiotką, której burzowe chmury nigdy nie przysłaniały poglądu na świat; z drugiej, demoniczna, o agresji, o której każdy, kto jej doświadczył, mówił z gęsią skórką przebiegającą linią kręgosłupa; i wreszcie – trzeciej, rozkochanej marzycielki, która gdzieś między westchnięciami kochała Alexandra. Kuriozalna w swojej krasie, miała w sobie sporo cech dekadentki.
Sama myśl, jakoby Leander teraz raczył się ognistą w kotlinie rozpusty, sprawiała, iż coś zaczynało jej leżeć na krtani – słowa bynajmniej nie należące do tych, które na ogół kąpała w letnim soku kurtuazji, wybiórczo niedamskie i niekobiece – Loretcie jednak już dawno przestały umilać życie faktory poprawne i prawidłowe. Z natury w końcu uginała usta w przyjemny uśmiech, jej sweterki znaczyły monogramy, a życie wybijały orkiestry majowe – diabeł jednak siedział jej za skórą od dawien, podkreślając, jak wielkim zepsuciem mogła się cechować.
Chwyciła z jednej z tac kieliszek krwistego wina, zarzucając za ramię chustę, którą morski wiatr zdążył rozplątać. Diana Mulciber sprawiała, iż nie musiała być poprawna; mogła mówić literalnie wszystko, co ślina zdążyła przynieść, nim zostało to przefiltrowane przez mózg.
Raz jeszcze odchyliła głowę do tyłu, spoglądając na niewielkie obłoki wędrujące podszyciem ziemskim, zagubione, rwące bielą.
– Zawsze chciałam zobaczyć amerykańską burleskę – rzuciła mimochodem, usta mocząc w trunku, jednocześnie ciągnąc zeń solidny łyk. – Sama myśl, że będzie cierpiał, sprawia mi radość. Czy jestem okropna, Diano? Przez cały nasz związek, to ja byłam ofiarą – jego, jego matki, konwenansów. A teraz wreszcie mogą mu splunąć w twarz bez jakichkolwiek obaw. Alexander miał rację odnośnie Leandra, ale jak mogłam to wziąć na poważnie, skoro on nie znosi absolutnie żadnego mężczyzny, który znajdzie się w dwumetrowym promieniu ode mnie – zmieniła temat, wylewając z siebie potok słów.
– Co on mówi o mnie, jak nie słyszę? Alexander, mam na myśli – zabrzmiała pytaniem, a jej głos dziwnie zmiękł; tak, jakby mówiła o czymś miłym sercu; tak, jakby nie mogła odseparować myśli od jego osoby.
A było tak od ośmiu lat – wyjeżdżał i wracał, przychodził pod jej drzwi pijany, tylko aby na wycieraczce czekać, aż ona wyjdzie. Nienawidziła go w całej krasie, jednocześnie jednak kochała nieprawidłowo – szkoda, iż nie była w stanie tego przyznać nawet przed sobą. Każde jego pijackie oświadczyny przyjmowała, jednak cóż z tego, skoro on żadnego z nich nie pamiętał.