27.10.2023, 17:24 ✶
- Kto wie? Na Nokturnie pewnie niektórzy znaleźliby dla niej zastosowanie - powiedziała półżartem, półserio. Uniosła trochę brwi, chyba zaskoczona tym, że Maeve wspominała o kaczkach w zamian za informacje, ale z drugiej strony, mogła pleść trzy po trzy, jak często zdarzało się samej Brennie, albo po prostu lubiła kaczki. - W porządku, jeśli to ma być przysługa warta tyle, co Brian, nie ma sprawy. Chociaż chyba powinna być warta trochę więcej, nie chciałabym cię otruć tak paskudną kawą - oceniła w końcu, bo ostatecznie nie składała wieczystej przysięgi, a jeśli miała po prostu kupić komuś kawę albo (co po prawdzie bardziej prawdopodobne, jeśli kiedyś Maeve dowie się, że miała do czynienia z Brygadzistką) wydać pouczenie przy próbie kradzieży portfela albo jakiejś bójce zamiast ciągnąć kogoś do aresztu... To dało się zrobić.
To czy Brenna była nawiedzona, zależało zapewne od indywidualnych standardów osoby wydającej osąd. Prawdopodobnie gdyby Maeve zapytała drugą połówkę swojej hipoteki, Stanleya, usłyszałaby, że tak, z całą pewnością, Brenna jest nawiedzona, ba, szalona jak marcowy zając na wiosnę i w ogóle lepiej do niej nie podchodzić, bo jeszcze się tym zarazisz. Za to człowiek, znaczy się wampir, którego postać tak lubiła przyjmować, mógłby rzucić określeniem w stylu "suka", ale zapewne nie nazwałby jej nawiedzoną.
Chociaż w tym wypadku prawda była o wiele nudniejsza. Brenna po prostu zapamiętywała twarze. Mogło się to wiązać i z tym, że zwracała uwagę na ludzi, i z uwarunkowaniem widmowidza, i z rodzinną tradycją bycia gliną.
Czarną owcą rodziny też nie była, ale ciocia Eva Potter na pewno uważała ją za zakałę, choćby dlatego, że Brenna nie poprawiła sobie własnej urody i twardo odmawiała codziennego męczenia się z Ulizanną, by zmusić włosy (co zabawne odziedziczone po Potterach właśnie, Brenna zawsze podejrzewała, że to z powodu kłopotów z nimi wynaleźli ten szampon) do współpracy. Przyciągaczem kłopotów za to... no tak, tym już na pewno. Albo poszukiwaczem. Weszła w końcu na Nokturn tylko dlatego, że ją poproszono.
Mogłaby skłamać w kwestii imienia i zwyczajnie coś zmyślić. Ale takie kłamstwo miewało krótkie nogi. Nawet jeżeli wątpiła, by miała stanąć na progu palarnii Changów kiedykolwiek w przyszłości, chyba że Brygada postanowiłaby zrównać to miejsce z ziemią - ale Brenna nie sądziła, że nastąpi to w najbliższych latach.
- Nie byłyśmy koleżankami, ale miałaś na roku moje koleżanki - sprostowała, bo Avelina przypadkiem była na tym roczniku. Przy okazji nieświadomie rozwiała wątpliwości co do potencjalnego obściskiwania się po kątach. - Po prostu zwykle nie zapominam twarzy. Wiesz, że brzmisz prawie jak fae, chcące zdobyć prawdziwe imię? Ale mogę dorzucić imię do przysługi, jeśli sprawdzimy, czy ten drań tutaj był i o której wyszedł, nie ma sprawy - zgodziła się bez większych oporów, bo tak naprawdę nie miała jakichś ogromnych powodów, aby to imię kryć. To znaczy miała, póki nie dostanie informacji, bo gdyby Changównie w głowie zadzwoniło coś o Brygadzie, nic by jej nie powiedziała, ot dla zasady. Ale poza tym? Brenna nie była szeroko rozpoznawalna, na Nokturnie kręciło się jednak najmniej kilka osób jej imię doskonale znających. W tym jej drogi Sauriel. A i jej twarz dało się, na nieszczęście, zobaczyć w prasie. Pozostawała beztrosko nieświadoma, że Maeve była gotowa wyciągać te dane osobowe choćby siłą.
To czy Brenna była nawiedzona, zależało zapewne od indywidualnych standardów osoby wydającej osąd. Prawdopodobnie gdyby Maeve zapytała drugą połówkę swojej hipoteki, Stanleya, usłyszałaby, że tak, z całą pewnością, Brenna jest nawiedzona, ba, szalona jak marcowy zając na wiosnę i w ogóle lepiej do niej nie podchodzić, bo jeszcze się tym zarazisz. Za to człowiek, znaczy się wampir, którego postać tak lubiła przyjmować, mógłby rzucić określeniem w stylu "suka", ale zapewne nie nazwałby jej nawiedzoną.
Chociaż w tym wypadku prawda była o wiele nudniejsza. Brenna po prostu zapamiętywała twarze. Mogło się to wiązać i z tym, że zwracała uwagę na ludzi, i z uwarunkowaniem widmowidza, i z rodzinną tradycją bycia gliną.
Czarną owcą rodziny też nie była, ale ciocia Eva Potter na pewno uważała ją za zakałę, choćby dlatego, że Brenna nie poprawiła sobie własnej urody i twardo odmawiała codziennego męczenia się z Ulizanną, by zmusić włosy (co zabawne odziedziczone po Potterach właśnie, Brenna zawsze podejrzewała, że to z powodu kłopotów z nimi wynaleźli ten szampon) do współpracy. Przyciągaczem kłopotów za to... no tak, tym już na pewno. Albo poszukiwaczem. Weszła w końcu na Nokturn tylko dlatego, że ją poproszono.
Mogłaby skłamać w kwestii imienia i zwyczajnie coś zmyślić. Ale takie kłamstwo miewało krótkie nogi. Nawet jeżeli wątpiła, by miała stanąć na progu palarnii Changów kiedykolwiek w przyszłości, chyba że Brygada postanowiłaby zrównać to miejsce z ziemią - ale Brenna nie sądziła, że nastąpi to w najbliższych latach.
- Nie byłyśmy koleżankami, ale miałaś na roku moje koleżanki - sprostowała, bo Avelina przypadkiem była na tym roczniku. Przy okazji nieświadomie rozwiała wątpliwości co do potencjalnego obściskiwania się po kątach. - Po prostu zwykle nie zapominam twarzy. Wiesz, że brzmisz prawie jak fae, chcące zdobyć prawdziwe imię? Ale mogę dorzucić imię do przysługi, jeśli sprawdzimy, czy ten drań tutaj był i o której wyszedł, nie ma sprawy - zgodziła się bez większych oporów, bo tak naprawdę nie miała jakichś ogromnych powodów, aby to imię kryć. To znaczy miała, póki nie dostanie informacji, bo gdyby Changównie w głowie zadzwoniło coś o Brygadzie, nic by jej nie powiedziała, ot dla zasady. Ale poza tym? Brenna nie była szeroko rozpoznawalna, na Nokturnie kręciło się jednak najmniej kilka osób jej imię doskonale znających. W tym jej drogi Sauriel. A i jej twarz dało się, na nieszczęście, zobaczyć w prasie. Pozostawała beztrosko nieświadoma, że Maeve była gotowa wyciągać te dane osobowe choćby siłą.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.