Zainteresowanie przepływało spokojnie po zebranych osobistościach, ale myśli szybko odleciały w najdalsze zakamarki fantazji i przemyśleń. Niewiele bodźców w otoczeniu miało siłę przyciągnąć uwagę Croucha. Delektował się spokojem na kanapie, nawet szmer rozmów przeistoczył się w rwącą rzekę.
Świadomość powróciła wraz z początkiem licytacji, jako że dźwięki otoczenia uległy zmianie. Nie planował brać udziału w przepychankach, jak również jego rodzina. Szczytne cele Longbottomów mało go obchodziły. Nawet nie poznał tematu mrzonek dzisiejszego wieczora.
Podczas przesyłania iskier neurony odczytały w pewnym momencie zaskakująco znajomą twarz. Spotkana niedawno brygadzistka, wtedy szara i nijaka, teraz obleczona strojem wyjściowym, w jakim trudno było ją rozpoznać. Poświęcił Brennie chwilę uwagi, na tyle, na ile pozwalało mu to zajmowane miejsce, czyli niemal wcale. A więc został przyłapany nie przez bezimienną kobiecinę, a czarownicę z Longbottomów. Nie wiele sobie z nich robił, ale krążyli niebezpiecznie w orbitach jego matki, musiał się więc z nimi liczyć. Spodziewał się, że kobieta zapomniała o tym przypadkowym spotkaniu. Któż by kiedykolwiek pamiętał o jego egzystencji.
Nie śledził przebiegu licytacji, znudzony przejechał wzrokiem po otoczeniu, gdy dostrzegł najciekawszy egzemplarz rodzaju ludzkiego zgromadzony na tym nieszczęsnym bankieciku.
Fernah nie topiła się w ciężkim brokacie, jej włosy spowijała szara codzienność, a twarz zdradzała kroplę niechęci, bądź zagubienia, bądź trochę jednego i drugiego. Jakże wyróżniała się w wypolerowanym tłumie. Kim była? W jakim celu przybyła? Nie chciało mu się teraz wstawać z kanapy, ale ciekawość wzbierała w nim na tyle, że być może to uczyni wkrótce.