Zacisnął palce na szacie za jej plecami, przylegając do tej ostoi spokoju. Do najbardziej pewnej podpory tego całego mostu, który się chwiał i chybotał za często i za mocno w minionych tygodniach. Nie odsunął się od razu. Skoro nie odsuwała się ona, to i jemu nie było do czego śpieszno, ciesząc się jej zapachem. I tą ciszą. Tym, że tutaj nie było paniki, nie było nadmiaru pytań, nie było tego, co powinien i czego nie powinien. Nie wiedział, jak Florence potrafiła tak doskonale balansować między akceptacją, pouczaniem a dbaniem o kogoś.
- Sok truskawkowy. - Brzmiał wręcz wyśmienicie i idealnie na tę porę roku. Cofnął się troszkę, obejrzał na Fuego, który chyba zamierzał rozejrzeć się po domu, choć rzucił za nim spojrzenie, jakby nie do końca mu się podobało, że Laurent znika mu z pola widzenia. I nie trzeba było długo czekać - kiedy weszli do kuchni to furkot skrzydeł powiódł feniksa za nimi. Wylądował na parapecie, delikatnie i z gracją, starając się nie potrącić niczego tam stojącego. Z ogromną ciekawością przypatrywał się stojącej tam paprotce. Zatrzymał się w tej kuchni, przy stole, opierając dłonie na krześle i spoglądając na ptaka, kiedy Florence się oddaliła, żeby podejść do blatu. Zadzwoniło szkło, kiedy sięgnęła po szklankę. - Atreus został w New Forest. - Ta kuchnia widziała już bardzo wiele rozmów, choć nie miał ochoty nadal w niej zostawać. Wszystko wydawało się na miejscu między nim i kuzynem, tylko jak zwykle on miał ciągle mieszankę uczuć i myśli, nad którymi potrafił przejść, bo udawanie, że wszystko jest w porządku, kiedy widział Atreusa w tak fatalnym stanie było ciężkie. Musiał jednak uszanować przestrzeń, którą Bulstrode wyznaczył, bo chyba do niczego dobrego by to nie doprowadziło. Nawet na pewno. - Przyszła Victoria, Pandora i Brenna. Wszyscy stwierdzili, że tam zostają... - a ja najlepiej mam wypierdalać, bo co to komu. Nie dokończył na głos tego zdania. Nie, nikt tak nie powiedział. Tak, rozumiał, że się martwią, że chcą dobrze. Przesunął palcami po wyjątkowo nieułożonych włosach, które opadały mu na czoło. - Zgłosili to również do biura aurorów ze względu na niedawny atak. Dlatego zabrałem Fuego. Widzieli go. - I uciekli. Nie zamierzał ryzykować, że to stworzenie przeżyje jeszcze więcej przykrych chwil, niż już przeżywało. Ciężko było powiedzieć, gdzie sięgała inteligencja tych stworzeń, ale czarne oczy wpatrywały się teraz w niego pilnie tak, jakby wszystko doskonale rozumiał. Samo to, jak tutaj przyszedł, choć tak niechętnie odrywał się od swojego gniazda, mówiło wiele.
Chciał przyjść tutaj już wczoraj. Prosto po... jakże felernym spotkaniu, po tym wywiadzie, ale nie zdobył się na to. Poziom obrzydzenia wobec siebie samego sięgnął wysoko. Bardzo wysoko. Nie chciał się nikomu w tym stanie pokazywać nikomu. Chyba powinien się teraz bać, albo przynajmniej bardziej przejmować tym, co się działo, kiedy ten artykuł się okazał, ale jakoś nie potrafił w sobie znaleźć punktu zapalającego to "zmartwienie". Musiał załatwić prawnika, powiadomić ojca, zorganizować najbliższą pracę w rezerwacie przez podejrzenia, że ktoś może zaatakować, choć do tej pory nie słyszał, żeby nastąpiły jakieś ataki tego typu na rodziny czystej krwi. Może i był bękartem, ale, cholera, był bękartem, do którego Edward Prewett się przyznał. Cholera, ostatnio nawet używał tego jako argumentu o tym, że jest niewdzięczny i tego nie docenia. Myślał o transakcjach, jakie powinien wykonać i o tym, jakie straty przyniesie to, że w sezonie wakacyjno-letnim odwołał wszystkie spotkania. Sezonie, który zawsze był najbardziej korzystny dla jego konta bankowego. Nie było w tym wszystkim, w jego normach, miejsca na jakieś ataki Śmierciożerców i... na to wszystko.
- Florence. - Lubił brzmienie jej imienia. Kiedy je wypowiadał miał przed oczami polne, dzikie kwiaty, które były jednocześnie ziołami. Piękne, wonne i choć wydawało się, że panował na tej łące chaos, to natura starannie wszystko poukładała. Bo u Florence nie było miejsca na chaos. - Czy ja powinienem iść do... powinienem iść na terapię? - Może najwyższa pora? Może był po prostu jebnięty i potrzebował, żeby ktoś w końcu poukładał mu wszystko w głowie tak, jak należy? Tylko jak się otworzyć? Już próbował. To było za trudne.