27.10.2023, 20:44 ✶
Florence lubiła zwierzęta, chociaż nie była mistrzynią, jeśli szło o wiedzę o nich. Obecność feniksa przyjęła więc po prostu bez słowa, ufając, że Laurent zadba o to, aby ten przypadkiem nie spalił połowy kamienicy przy Horyzontalnej albo załatwić swoje potrzeby do doniczki z paprotką. Pozwalała więc ptakowi kręcić się po kuchni, gdy sama się po niej krzątała, nalewając Laurentowi sok truskawkowy, sobie szykując herbatę, a potem jeszcze krojąc na cząstki jabłko. Zwykle pozwalała zajmować się takimi rzeczami skrzatowi, sama nieskora do marnowania czasu, ale tym razem był to swego rodzaju rytuał, a skrzat transportował właśnie rzeczy na górę.
Otworzyła usta, by spytać „sam?”, kiedy Prewett wspomniał o Atreusie, ale zaraz padły kolejne imiona. Florence zesztywniała na moment, akurat w momencie, w którym różdżką podgrzewała wodę na herbatę.
– Znowu ona? – wyrwało się jej mimowolnie na dźwięk tego ostatniego imienia. Z trzech wymienionych kobiet znała tylko te dwie pierwsze, trzecia była zaledwie twarzą z balu i… cóż, z obrazów przyszłości, jakie widywała, i przy Patricku, i przy Atreusie, i słów Patricka o Zakonie Feniksa. Uniosła dłoń i uścisnęła nasadę nosa. Jakoś teraz bardziej prawdopodobne się jej zdawało, że dojdzie do jakichś kłopotów. – Mam więc nadzieję, że Biuro Aurorów zechce przyznać ochronę. Usiądź, proszę – powiedziała, odwracając się. Postawiła przed Laurentem wysoką szklankę z sokiem, a potem wyczarowała jeszcze kostkę lodu, która wpadła do środka z cichym pluskiem. Własną filiżankę ustawiła na blacie obok, a chwilę później do tego zestawu dołączył także talerzyk.
Kuchnia Bulstrodów była cicha, idealnie posprzątana, elegancka, chociaż zarazem w tej elegancki mało unikalna na tle innych mieszkań rodów czystej krwi. Zdawała się nieskończenie daleka od New Forest, od śmierciożerców i od całego tego zamieszania. Przynajmniej tak kiedyś myślała Florence. Teraz, po Beltane, wiedziała lepiej, a gdyby nawet to nie wystarczyło, to podłamany Laurent i feniks fruwający po kamienicy przy Horyzontalnej skutecznie wyprowadziliby ją z dawnych, błędnych przekonań.
Śmierciożercy znowu sięgali po jej rodzinę i ostatecznie obracali przeciwko sobie kogoś, kto do niedawna neutralność miał we krwi.
Tymi przemyśleniami Florence nie miała jednak zamiaru dzielić się z kuzynem. Podsunęła mu po prostu owoce i zajęła miejsce przy stole.
– Tak, Laurencie? – spytała, zwracając znów na niego spojrzenie jasnych, chłodnych oczu, znaku rozpoznawczego całej trójki rodzeństwa. A gdy zadał swoje pytanie, przypatrywała się mu zamyślona długą chwilę. Dłonie oparła o filiżankę, wypełnioną dobrą herbatą. Pomyślała, że gdyby kiedyś bardziej przykładała się do wróżbiarstwa, mogłaby znaleźć na jej dnie odpowiedzi na swoje pytania. Ale nigdy nie brała udziału w zajęciach wróżbiarstwa – Florence zawsze bardziej interesowało kształtowanie przyszłości niż jej przewidywanie.
I nie zamierzała pozwalać sobie teraz na żal z tego powodu. Florence ogólnie rzadko żałowała czegokolwiek.
– Myślę, że jedyną osobą, która potrafi odpowiedzieć na to pytanie, jesteś ty, mój drogi. Jeśli uważasz, że jej potrzebujesz i może ci pomóc, powinieneś skonsultować się z kimś z Lecznicy Dusz.
Otworzyła usta, by spytać „sam?”, kiedy Prewett wspomniał o Atreusie, ale zaraz padły kolejne imiona. Florence zesztywniała na moment, akurat w momencie, w którym różdżką podgrzewała wodę na herbatę.
– Znowu ona? – wyrwało się jej mimowolnie na dźwięk tego ostatniego imienia. Z trzech wymienionych kobiet znała tylko te dwie pierwsze, trzecia była zaledwie twarzą z balu i… cóż, z obrazów przyszłości, jakie widywała, i przy Patricku, i przy Atreusie, i słów Patricka o Zakonie Feniksa. Uniosła dłoń i uścisnęła nasadę nosa. Jakoś teraz bardziej prawdopodobne się jej zdawało, że dojdzie do jakichś kłopotów. – Mam więc nadzieję, że Biuro Aurorów zechce przyznać ochronę. Usiądź, proszę – powiedziała, odwracając się. Postawiła przed Laurentem wysoką szklankę z sokiem, a potem wyczarowała jeszcze kostkę lodu, która wpadła do środka z cichym pluskiem. Własną filiżankę ustawiła na blacie obok, a chwilę później do tego zestawu dołączył także talerzyk.
Kuchnia Bulstrodów była cicha, idealnie posprzątana, elegancka, chociaż zarazem w tej elegancki mało unikalna na tle innych mieszkań rodów czystej krwi. Zdawała się nieskończenie daleka od New Forest, od śmierciożerców i od całego tego zamieszania. Przynajmniej tak kiedyś myślała Florence. Teraz, po Beltane, wiedziała lepiej, a gdyby nawet to nie wystarczyło, to podłamany Laurent i feniks fruwający po kamienicy przy Horyzontalnej skutecznie wyprowadziliby ją z dawnych, błędnych przekonań.
Śmierciożercy znowu sięgali po jej rodzinę i ostatecznie obracali przeciwko sobie kogoś, kto do niedawna neutralność miał we krwi.
Tymi przemyśleniami Florence nie miała jednak zamiaru dzielić się z kuzynem. Podsunęła mu po prostu owoce i zajęła miejsce przy stole.
– Tak, Laurencie? – spytała, zwracając znów na niego spojrzenie jasnych, chłodnych oczu, znaku rozpoznawczego całej trójki rodzeństwa. A gdy zadał swoje pytanie, przypatrywała się mu zamyślona długą chwilę. Dłonie oparła o filiżankę, wypełnioną dobrą herbatą. Pomyślała, że gdyby kiedyś bardziej przykładała się do wróżbiarstwa, mogłaby znaleźć na jej dnie odpowiedzi na swoje pytania. Ale nigdy nie brała udziału w zajęciach wróżbiarstwa – Florence zawsze bardziej interesowało kształtowanie przyszłości niż jej przewidywanie.
I nie zamierzała pozwalać sobie teraz na żal z tego powodu. Florence ogólnie rzadko żałowała czegokolwiek.
– Myślę, że jedyną osobą, która potrafi odpowiedzieć na to pytanie, jesteś ty, mój drogi. Jeśli uważasz, że jej potrzebujesz i może ci pomóc, powinieneś skonsultować się z kimś z Lecznicy Dusz.