27.10.2023, 21:14 ✶
Brenna zmarszczyła brwi, kiedy najpierw chłopiec powiedział, że go zbiją, a potem Heather zapewniła, że to się nie stanie. Paskudne podejrzenie zakiełkowało jej w głowie. Zbliżyła różdżkę do Wood, tak by oświetlić twarz chłopca. Ten w pierwszej chwili odwrócił głowę, ale zaraz chyba zrozumiał, że w tym, co widzi, coś jest... nie tak... bo znowu zwrócił spojrzenie ku Brennie.
On dostrzegał teraz różdżkę Brenny, płonącą magicznym światłem.
One jego policzek, pokryty świeżymi sińcami. A chociaż dłonie bez wątpienia pokaleczył już tutaj, na budowie, i tu pewnie ubrudził sobie ubranie, to te obrażenia na twarzy wyglądały na ślady po uderzeniu. Silnym uderzeniu.
- To... to nie jest latarka - powiedział cicho chłopiec.
- Nie, nie jest - przyznała Brenna, przeciągając trochę samogłoski, jak na siebie mówiąc bardzo, bardzo wolno, przepełniona tłumioną wściekłością. Miała ochotę zawrócić, wpaść do domu tych mugoli i dać im po gębach. Albo zabrać chłopca z ramion Heather i porwać ze sobą. Ale wiedziała, że nie może zrobić żadnej z tych rzeczy. Musiała za to wymyślić, co mogłaby zrobić. - To magia.
- Jesteście... magami? Jak Merlin?
- Czarodziejkami - sprostowała Brygadzistka. - Ty jesteś czarodziejem.
Nie tak powinno się to odbywać. W domu chłopca - już niedługo zapewne, bo zbliżał się do jedenastego roku życia, jeśli nie pójdzie do Hogwartu wraz z wrześniem, to z pewnością w przyszłym roku - powinien pojawić się nauczyciel albo urzędnik Ministerstwa Magii. Wyjaśnić wszystko na spokojnie jemu i jego rodzicom. Udzielić instrukcji. Takie informacje nie powinny być przekazywane pod ciemnym, nocnym niebem, kiedy wszyscy troje byli ubabrani pyłem i pokaleczeni. Kiedy ani Heather, ani Brenna nie były pewne, co robić.
- To co umiem... to magia?
- Tak - przyznała Brenna miękko, starając się opanować złość, nie pokazać jej po sobie przed chłopcem. - I za jakiś czas pójdziesz do szkoły, gdzie nauczysz się nad nią panować. Mark, czy ktoś się uderzył? Czy dlatego użyłeś w domu magii?
Chłopiec zadrżał w ramionach Wood. Nie odpowiedział, nie od razu przynajmniej.
On dostrzegał teraz różdżkę Brenny, płonącą magicznym światłem.
One jego policzek, pokryty świeżymi sińcami. A chociaż dłonie bez wątpienia pokaleczył już tutaj, na budowie, i tu pewnie ubrudził sobie ubranie, to te obrażenia na twarzy wyglądały na ślady po uderzeniu. Silnym uderzeniu.
- To... to nie jest latarka - powiedział cicho chłopiec.
- Nie, nie jest - przyznała Brenna, przeciągając trochę samogłoski, jak na siebie mówiąc bardzo, bardzo wolno, przepełniona tłumioną wściekłością. Miała ochotę zawrócić, wpaść do domu tych mugoli i dać im po gębach. Albo zabrać chłopca z ramion Heather i porwać ze sobą. Ale wiedziała, że nie może zrobić żadnej z tych rzeczy. Musiała za to wymyślić, co mogłaby zrobić. - To magia.
- Jesteście... magami? Jak Merlin?
- Czarodziejkami - sprostowała Brygadzistka. - Ty jesteś czarodziejem.
Nie tak powinno się to odbywać. W domu chłopca - już niedługo zapewne, bo zbliżał się do jedenastego roku życia, jeśli nie pójdzie do Hogwartu wraz z wrześniem, to z pewnością w przyszłym roku - powinien pojawić się nauczyciel albo urzędnik Ministerstwa Magii. Wyjaśnić wszystko na spokojnie jemu i jego rodzicom. Udzielić instrukcji. Takie informacje nie powinny być przekazywane pod ciemnym, nocnym niebem, kiedy wszyscy troje byli ubabrani pyłem i pokaleczeni. Kiedy ani Heather, ani Brenna nie były pewne, co robić.
- To co umiem... to magia?
- Tak - przyznała Brenna miękko, starając się opanować złość, nie pokazać jej po sobie przed chłopcem. - I za jakiś czas pójdziesz do szkoły, gdzie nauczysz się nad nią panować. Mark, czy ktoś się uderzył? Czy dlatego użyłeś w domu magii?
Chłopiec zadrżał w ramionach Wood. Nie odpowiedział, nie od razu przynajmniej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.